
Po wejściu do gabinetu profesora przywitałem się skinieniem głowy i zwaliłem bezwładnie na fotel. Davidoff przerwał rozmowę z facetem z ABW.
- Ma pan to? - zapytał od razu.
Bez słowa podsunąłem mu kasetkę.
- Co tam jest? - chciał wiedzieć nieznajomy mężczyzna. Miał zimne, niebieskie oczy i ogorzałą cerę. Wyglądał na kogoś, komu niezdrowo jest wchodzić w drogę.
- O ile się nie pomyliłem w interpretacji napisów, sześć fiolek zawiera ten preparat na psy, a trzy opatrzone są łacińskim napisem „Veritas”. Do tego jedna ampułka opisana jako „Nuda Veritas” - powiedziałem ostrożnie.
- Pańska interpretacja?
- Nie jestem chemikiem ani… - zacząłem.
- Jasiu - przywołał mnie do porządku Davidoff.
- „Veritas” może być specyfikiem, który znosi opór przesłuchiwanego, proszę na to uważać, bo prawdopodobnie preparat był podawany drogą wziewną. Wystarczy rozbić fiolkę i już… „Nuda Veritas” to po łacinie „naga prawda”, być może to silniejsza wersja tego środka. Radzę oddać kasetkę od razu do laboratorium.
- Mogę ją zatrzymać?
- Oczywiście.
Mężczyzna pożegnał się z nami uściskiem dłoni i wyszedł z gabinetu. Davidoff wystawił na biurko koniak, dołożył paczkę cygar, podnosząc pytająco brwi.
- Nie i nie - określiłem się stanowczo. - Od dzisiaj piję tylko wodę i podobne rzeczy czyste - powiedziałem słabym głosem.
Profesor stłumił śmiech, zaczął przycinać sobie cygaro.
- Mogę? - zapytał. - Nie zapaskudzisz mi gabinetu?
- Postaram się - mruknąłem posępnie.
- I co dalej z tym… śledztwem?
- Trzeba po prostu sprawdzić, kto przeglądał te same dokumenty, co młody Wirde. To banalnie proste, wystarczy przejść się po archiwach i sprawdzić wpisy, jednak mogą być inne problemy…
