Zdjąłem z półek kilkadziesiąt pustych słoików i zacząłem dokładne badania. Po chwili wykluczyłem możliwość, że ukryto tu jakieś przyciski. Spróbowałem mebel przesunąć - bez skutku. Wreszcie pociągnąłem do siebie. Przez moment wydawało się, że znowu nie trafiłem, jednak po chwili coś szczęknęło i kredens odchylił się na zawiasach, jak normalne drzwi. Odsłoniło się wejście do zastawionego stołami laboratoryjnymi pomieszczenia.

Nagle poczułem zapach wody kolońskiej. Harbecker. Kiedy owinął mi ramię wokół szyi, wyciągnąłem nóż i trzymając ostrzem do dołu, pchnąłem za siebie. Zawył wściekle i odskoczył do tyłu. Zraniłem go w udo, jak się wydawało - niegroźnie. Było zbyt ciasno na jakieś wyrafinowane uniki, więc miałem przewagę. Zresztą, w spotkaniu z kimś, kto umie posłużyć się nożem, sprawność nabyta w czasie najbardziej nawet morderczych treningów, może posłużyć tylko do jednego - do ucieczki. Bardzo szybkiej ucieczki.

Mimo to Harbecker podjął walkę. I już wiedziałem - nie będzie łatwo. Mężczyzna uśmiechnął się, a czas zaczął płynąć w rytmie oddechu i tętna. Wyznaczany uderzeniami serca, z których każde mogło być ostatnie. Nie spojrzał nawet na swoją ranę, najwyraźniej nie pierwszy raz oberwał w czasie akcji. Wiedział, że to nic poważnego, popłynie trochę krwi i tyle. Pewnie nawet nie czuł bólu, za dużo adrenaliny. Uderzył błyskawicznie, wykonując kilka pozorowanych ruchów. Prowokował, bym skontrował nożem. Nie doczekał się. Ukryłem ostrze za udem i gdy parowałem atak drugą ręką, nasze przedramiona zetknęły się na moment. Jednakowo twarde i lodowato zimne. Swobodny uśmiech zniknął z twarzy Harbeckera. Kiedy ktoś cię zrani raz czy drugi, organizm próbuje się dostosować, zwiększyć szanse. Profilaktycznie obniża temperaturę, aby ograniczyć ewentualne krwawienie. Tego nie można nauczyć się na treningu czy poligonie. Tylko w akcji. Do faceta dotarło, że nie ma do czynienia z kolejnym cywilem.



38 из 278