
Kopnął, celując w moje kolano, jednocześnie podnosząc ręce do twarzy. Zakląłem, wykonując unik, bo zauważyłem, że mój przeciwnik nałożył jakąś maskę. Zaatakowałem, przerzucając ostrze z ręki do ręki, uderzyłem w kierunku podbrzusza Harbeckera. Cofnął się błyskawicznym, niemal baletowym ruchem i cisnął o ziemię szklaną fiolkę. Poczułem zapach suszonych jabłek, nagle ogarnęła mnie fala ciepła. Upuściłem nóż na betonową podłogę. Mój mistrz, ktoś, kto się o mnie troszczył, kazał mi go podnieść i wbić sobie w serce. Miałem wrażenie, że coś jest nie w porządku, ale głos mistrza był natarczywy, żądał posłuszeństwa.
Kiedy zamierzyłem się do samobójczego ciosu, trafiła mnie sonda tasera. Harbeckera również. Przybyli analitycy. Nareszcie. Upadłem. Taser nie daje żadnych szans, następuje zakłócenie działania układu nerwowego, mięśnie momentalnie wiotczeją, a ofiara wali się bezwładnie na ziemię. Ktoś zaprowadził mnie do samochodu, odwiózł do domu i wpakował do łóżka. Zasnąłem. Rano przyszedł lekarz w towarzystwie Davidoffa. Chcieli koniecznie wiedzieć, czy nie wyskoczę przez okno, jeśli ktoś mi to zasugeruje. W krótkich żołnierskich słowach powiedziałem im, co myślę o nich i ich kretyńskich pomysłach. Pośmiali się chwilę i poszli.
Zmyłem z siebie znużenie pod prysznicem i usiadłem na rozbebeszonym łóżku. Wyczułem delikatny zapach perfum. Czyżby w nocy siedziała przy mnie Anna? Davidoff zdążył mi szepnąć, że cała zawartość pracowni została przewieziona do mojego kumpla chemika, a wejście do niej ponownie zamaskowano. Zajęli się tym analitycy. Nie martwiłem się, że w piwnicy zostaną ślady naszej małej rozróby. Byłem pewien, że Rosjanie usunęli wszelkie efekty tego… incydentu. To przecież zawodowcy.
Wziąłem kilkudniowy urlop i spędziłem ten czas, nie wychodząc praktycznie z mieszkania. Czytałem Bułhakowa, grałem sam ze sobą w szachy, rozmyślałem.
