
Obejrzałem ostrożnie butelkę pod światło. Samogon wyglądał na czysty, niewątpliwie kilkakrotnie go destylowano. Jednak płyn miał dziwny, czerwonawy odcień.
- Znam Mutus Liber - powiedział. - Faktycznie otrzymałem sporo materia prima według zawartego tam przepisu, ale cały zapas zużyłem do tego… - Bezradnym gestem wskazał flaszkę. - Wytworzyłem trzy rodzaje wódki, każdą według nieco innej receptury.
- To znaczy?
- Chodzi o to, że bazą każdej z nich jest właśnie materia prima, jednak uzyskiwana na trzy różne sposoby. Jednym ze składników są zawiązki roślinne rozwijające się kilka centymetrów pod ziemią. To one właśnie, wraz z rosą, pewną ilością złota i kilkoma innymi substancjami, tworzą materia prima w dość skomplikowanym procesie. Te zawiązki roślin mogą pochodzić z miesięcy letnich, z okresu jesieni czy wiosny, różnica, jeśli chodzi o właściwości, jest znaczna.
- Jakie właściwości? - Zmarszczyłem brwi.
- Smakowe… Wódkę, którą pan trzyma, nazwałem „Lato”. Wydestylowałem ją na bazie letniej materia prima.
Otworzyłem butelkę i nalałem odrobinę płynu do szklanki. Zapach był w porządku, zupełnie nie czuło się zacieru. Po chwili wahania skosztowałem. Wydawało mi się, że wypiłem łyk źródlanej wody, dopiero w żołądku wódka ujawniła swą moc. Zapachniało bzem i truskawkami, fala ciepła rozeszła się po całym ciele. Zakląłem i nalałem drugą porcję, tym razem hojną ręką. Nie przepadam za wódką, ale tak smacznej nie piłem jeszcze nigdy w życiu.
- Jak pan sądzi - spytałem - czy ta wódka, było nie było, pędzona z dodatkiem materia prima, mogłaby powstrzymać ten zespół abstynencki, który nam grozi?
- Skąd mam wiedzieć? - Rozłożył ręce. - Pewnie nie zaszkodzi, ale pewności nie ma. Nikt czegoś takiego nie sprawdzał.
- W porządku - powiedziałem po chwili namysłu. - Tak czy owak wezmę kilkadziesiąt litrów tego… specyfiku.
