
– Nie wiem. Nie widziałem. Trwał bój.
– Jeśli – ołówek ponownie zawisł w powietrzu – dowiem się od ciebie tego, co chcę wiedzieć, obiecuję, za tydzień będziesz w domu. W Pitrze. Tfu, chciałem powiedzieć: w Leningradzie. Wojnę będziesz oglądał w telewizji. Chodził na Fontankę na piwo z kumplami. Rwał panienki na medale i afgańską opaleniznę. No, niech tam, załatwię ci jeszcze wywiad w „Komsomolskiej Prawdzie”, a po czymś takim jak nic zaliczysz jakąś działaczkę, a sam wiesz, jakie to stwarza perspektywy… Załatwię ci to wszystko. Jeśli powiesz, kto strzelał.
– Nie powiem, bo nie wiem. Mam skłamać? Zmyślić? Zdemobilizujecie, jeśli zmyślę?
– Nie. Wprost, powiedziałbym, przeciwnie.
– Więc nie zmyślę.
Zamilkli, obaj, zmusił ich zresztą do tego ryk silników, dobiegający z zewnątrz, z góry. Kolejny szturmowiec zrywał się z pasa startowego. Budynek zadrżał, łyżka w szklance majora zadzwoniła dziko, demaskatorskie szklano-butelczane brzęczenie dobiegło też zza uchylonych drzwi żelaznej szafy na akta. Sam major patrzył na Lewarta zimno.
– Ostatnia szansa, pan Lewart – powiedział, gdy już ucichło. – Powiesz, kto strzelał, inaczej przywieszę ci współudział. Jest czas wojenny, dostaniesz dwadzieścia pięć bez mrugnięcia okiem. Powiedziałbym, że odnowisz rodzinną tradycję, ale byłaby to nieprawda. Sam wiesz, że w porównaniu z naszym radzieckim miejscem pracy i poprawy, na takiej, dajmy na to, Kołymie, tarska zsyłka twego buntowniczego pradziada to był czarnomorski kurort.
