
Lewart nie przejął się, od czasów szkolnych miał za sobą bezlik podobnych rozmów i gróźb. Nie, nie przyzwyczaił się, bo przyzwyczaić się do tego nie było sposobu. Nie przestał się bać, bo nie było można przestać. Zwyczajnie zobojętniał.
– Pomógłbym wam, towarzyszu majorze – skłamał gładko, standardowo i obojętnie – gdybym tylko mógł. Uwierzcie.
– Jasne. – Sawieliew gwałtownie zamknął akta. – Uwierzyłem. Spójrz na mnie. Widzisz, jaki jestem wierzący? Ech, zawlókłbym ja cię przed trybunał, Polaczku, choćby dla przykładu. Ech… Jesteście wolni, praporszczyk. Odmaszerować.
Lewart wstał energicznie, omal nie wywalając taboretu, przyjął postawę zasadniczą, złączył obcasy.
– Towarzyszu majorze! Chorąży Lewart…
– Paszoł won, powiedziałem.
* * *– Dlaczego Sawieliew uczepił się właśnie mnie? A skąd mnie to wiedzieć? – odpowiedział pytaniem na zadane mu pytanie Lewart. – Powtarzam, widziałem, jak starlej Kirylenko dostał serię w plecy, stało się to na moich oczach, ale o tym przecie Sawieliew wiedzieć nie mógł. Ja nawet lubiłem starleja… Zdarzyła się kiedyś, nie skrywam, między nami scysja, bo czepiać potrafił się o byle co… Ale to bez świadków było… Tak przynajmniej myślałem. Bo chyba jednak o tym donieśli…
