
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Matiucha. – Rozważmy rzecz w spokoju. Jakie te kucharki? Oglądałeś je chociaż, Wań?
– Jak chcę sobie pooglądać, to idę do Ermitażu.
– Słusznie – poparł Żygunowa Sania Gubar. – Bo też niby jakie mogą to być kucharki? Coście to, mużyki, kucharek nie widywali?
– Widywali – pokiwał głową Matiucha. – Oj, widywali. Więc może jednak lepiej wódeczka?
– Zdecydowanie wódeczka – podkręcił kozackiego wąsa Rustamow. – Dawajcie zrzucać się, panowie internacjonaliści. Forsa do czapki.
– Raz się żyje. – Matiucha rozpiął kieszeń munduru. – Nie ma co skąpić, bo jutro może Kandahar albo gorsza rzeźnia… Weźmiemy, myślę, ten literek stolicznej, dla smaku i rozruchu. A na wtoroje bliudo trzy literki tego pierwaka po dziesięć. Razem piętnaście czeków na głowę ludności. Niecałe dwa miesięczne żołdy.
– Afoszkami można? – Sania Gubar wygrzebał z kieszeni garść pomiętych afgani. – Po kursie, siedemnaście za czek?
– Można. A ty, prapor, co?
– Przekalkulujcie składkę. – Lewart wstał. – Mnie nie licząc. Nie wezmę udziału.
– Znaczy – zarechotał Żygunow – wolisz jednak kucharkę? A może obie?
– Moja rzecz, co wolę. Mówiłem, nie uwzględniajcie mnie w rachunkach.
