– Nie jestem. I nadal robię to, co każe mi robić ojczyzna.

Cisza, która zapadła, trwała jeszcze dłużej, niż poprzednio. Przerwał ją Wania Żygunow. Po żołniersku.

– Ech, chuj z tym gadaniem, bo sensu w tym ni chuja i na chuj nam cała ta filozofia – oświadczył. – Zdecydujmy, gospoda unteroficery, co czynić z tak ładnie zapowiadającym się popołudniem, być może ostatnim wolnym, być może już jutro pogonią nas znowu na wojnę, każdego w inny kraniec tej żyznej krainy, żeby ją cholera wzięła i zaraza zjadła. Koncepcje są otóż dwie. Alternatywne. Pić albo jebać.

– Nie pojmuję – zmarszczył brwi Sańka Gubar – dlaczego to musi być alternatywa.

– Z powodów ekonomicznych. Środków wystarczy albo na jedno, albo na drugie. Chyba że któryś dostał spadek, wygrał na loterii albo obrabował dukan. Nikt? No, to liczmy. Dogadałem się otóż z sierżantem z kwatermistrzostwa, mogę dostać litr wódki, prawdziwej stolicznej, trzydzieści czeków za półlitrową flaszkę, cena jak dla brata. Mogę też mieć samogon pierwak, jakość niepewna, dziesięć czeków za litr.

– A alternatywa?

– Wiem o dwóch kucharkach z kasyna. Chcą po dziesięć od klienta.

– Nie za dużo – ocenił szybko Gubar. – Jeśli po dziesięć z każdego z nas…

– Nie licząc prezentów – skorygował Marat Rustamow. – Przecież nie pójdziesz, jak byle cham, jebać bez prezentów. Choćby winogron, ale trzeba nakupić. A gdyby jednak zdecydować się na niezbędne naszej braci cztery litry bimbru, wyszłoby na głowę po sześć z groszami. A że z samogonu przyjemność nieporównywalnie dłuższa, a satysfakcja znacznie większa, nie ma się co, dżygity, zastanawiać.



31 из 214