
Eksploduje maz, wybucha cysterna, płonąca ropa zalewa drogę, ogień dociera do trzeciego kamaza, ogarnia go momentalnie. Z szoferki wyskakuje człowiek, cały w ogniu, pada ścięty kulami. Czarny dym zasnuwa wszystko, smród dusi i dławi. W dymie błyski wystrzałów, eksplozje pocisków z RPG. Dym zasnuwa wszystko, niknie w nim droga, KPP i afgański bunkier, niknie konwój pod ostrzałem, dym kuta je i kryje. Lewart ociera łzawiące oczy. Nie strzela, nie widząc. Wałun klnie.
– Nie widzę! – wrzeszczy ze swej dziury Rogozin. – Nic nie widzę, bladź!
Z dołu, od płonącej ropy, płyną fale gorąca i nafcianego smrodu.
Z tyłu nagle krzyk, stuk i zgrzyt butów, rwący się, młodzieńczy, szczeniacki głos starleja Kirylenki. Starlej Kirylenko, wie nagle z mrożącą krew pewnością Lewart, za sekundę zrobi coś nieprawdopodobnie głupiego. Szczeniacko i morderczo głupiego.
– Plutoooon! Do booooojuuuu! Za mną!
Nie wierzę, pomyślał. Nie wierzę.
– Plutoooon! Za mną! Na pomoc naszym! Wpieriooood!
– Pojebało go… – stęknął ze złością i rozpaczą Wałun. – Myśli, że co tu, kurwa, jest, Łuk Kurski?
Żołnierze plutonu wyskoczyli, wyszli z ukryć. Wszyscy. No, może nie wszyscy. Pobiegli. Za starlejem.
– Siedź, Pasza – wydyszał Wałun, żelaznym chwytem osadzając i ściągając Lewarta do okopu. – Siedź! Kirylence odbiło, ale ty nie wariuj! Siedź! I ty też siedź, Michaił! Siedź tam na dupie! A ty, Zima, dokąd? Dokąd, twoju mać! Stуj! Stуj, mówię!
