
Zima nie posłuchał. Pluton, nawet jeśli niecały, wyszedł z ukryć. Za starlejem Kirylenką. Na rozkaz.
A duszmani, taka ich mać bladź, tylko na to czekali.
W zastawę rąbnęły seriami dwa DSzK, z grani i ze żlebu, zadudniły tępo, dah-dah-dah-dah-dah, pociski przeryły przedpole, mieszając ziemię, piasek i kamień. I ludzi.
Nim sierżant wciągnął go w ukrycie, Lewart widział kurzawę krwi, jak z syfonów sikającej z trafianych, widział, jak padają, cięci i siekani kulami, słyszał, jak krzyczą i wyją. Widział, jak trafiony w brzuch Azim Karajew łamie się jak scyzoryk, widział, jak tarza się po piasku, krwawiąc, a piasek wokół aż się gotuje. Widział, jak mundur na plecach starleja Kirylenki dymi i rozrywa się nagle, pęka krwawo, a sam starlej pada, twarzą w dół, w bury afgański piach.
Eksplozja, jedna, druga, ogłuszający huk, wizg odłamków, wokół aż czarno od poderwanego żwiru i latających kamieni. Moździerz, pomyślał Lewart, skurwiele mają i moździerz.
– Moździerz! – krzyknął. – Kryj się! W ukrycia! Wszyscy w ukryyyciaaa!
Zadławił się nagłym brakiem powietrza. Dah-dah-dah-dah-dah, nie ustawały de-sze-ka. Dah-dah-dah-dah-dah. Pociski rozbijały w pył nawet całkiem spore kamienie. Skulił się, wcisnął twarz w rękaw buszłata.
Syczące wycie, oślepiający błysk, rwący uszy huk, wstrząsająca gruntem detonacja, fala gorąca. RPG, skojarzył z miejsca, to RPG. Wypalony z bliska… Z bliska!
