
– Allah-u akbaaar!
– Duuuuuchyyyyy!
Krzyczeli już i inni, cała zastawa, wszyscy widzieli już wyrastające jak spod ziemi sylwetki w płaskich pakolach i turbanach. Mudżahedini szli do natarcia, wzywając Allaha, paląc ze wszystkiego, co mieli. Lewart słyszał wokół szybkie fit-fit-fit-fit lecących pocisków. De-sze-ka nie cichły, wciąż łupiły po stanowiskach plutonu.
– Na moją komendę! – ryczy ze stanowiska dowodzenia starszy praporszczyk Panin. – Pluton do boju! Ognia!
– Allah-u akbaaaaaar!
– Ognia! – ryczy Panin. – Strzelać, bliaaa! Strzeeelaaaać! Strze…
Eksplozja, po plecach wali grad żwiru i drobnych kamyków. Lewart nie musi się oglądać, wie, co się stało, wie, skąd te odłamki, co odebrało głos Paninowi, dlaczego umilkł nagle PKM ze stanowiska dowodzenia. Wie, że to bezpośrednie trafienie, granat z moździerza w sam środek blokpostu.
– Ognia! Ogniaaa, job twoju maaaaaać!
Chwała Bogu, żyje, oddycha z ulgą Lewart. Alosza Panin żyje i dowodzi… Chwała Bogu, że nie ja… Kolejny po starszeństwie…
Zaciska zęby i dusi spust akaemu, strzela. Strzela obok Wałun, strzela ze swojej dziury Rogozin, strzela cały pluton. Mimo gęstego i nieustannego ognia, stwierdza ze zgrozą Lewart, sylwetek w pakolach, turbanach i arafatkach wcale nie ubywa, jest ich coraz więcej. I są coraz bliżej. Tak blisko, że widać już każdy detal. Jak choćby ten, że dwóch spośród biegnących wprost na nich brodaczy niesie ręczne granatniki, jeden RPG-7, drugi stareńki RPG-2. Że obaj przyklękają, biorą broń na ramiona.
