
Imponuje mi Pana znajomość tematu, ale nie przekonuje, gdy wyjaśnia mi Pan biologiczne powody, które a priori dają mężczyźnie usprawiedliwienie poligamii. A co z mózgiem, pytam?
Nie mówiąc o tym, że te wszystkie gołe naukowe fakty i teoretyczne dywagacje każdego dnia przepuszczane są przez filtr praktycznych wyborów, decyzji, gniewu, szczęścia i rozstań. Męskich także. Powiada Pan i ubolewa za Theodorem Zeldinem, że kobieta więcej czasu poświęca na makijaż niż na rozmowę z mężczyzną. Może więc warto zadać sobie pytanie, z jakim mężczyzną nie chce jej się gadać? Z tym, który dawno już nie przypomina kochanka, z którym spędzała namiętne noce, czy z tym, który tak naprawdę nigdy nie widział w niej partnera do ważnych rozmów. A może z tym, który robi w domu piekło, gdy nie może znaleźć programu telewizyjnego, nie lubi i nie umie się śmiać z siebie samego…? Kobieta ma w sobie dużo samozaparcia, żeby każdego dnia nie widzieć w nim kogoś, kto w zgodzie z naturą będzie się szykował do skoku w bok, jeśli nie dziś, to jutro lub pojutrze. Trzeba siły woli, żeby prowadzić długie rozmowy o meczu, gdy jego wynik, z dużym prawdopodobieństwem, został już przez naturę przewidziany. Prawda?
Wracając do Pana ulubionych, niemieckich statystyk… okazuje się, że gdy po pierwszym szale namiętności w związek dwojga ludzi bez pardonu i pukania wkracza proza życia, ci rozmawiają ze sobą tylko siedem minut dziennie. Jednak nie o tym, że już się nie kochają, ale o niezapłaconych rachunkach, o tym cholernym programie telewizyjnym i o niedzielnym obiedzie u teściów. Siedem minut wystarcza im w zupełności. A co do makijażu, może gdy chce się ukryć przed światem nieszczęśliwą twarz, potrzeba i więcej staranności w tym względzie, i więcej make – upu?
