Najczęściej zresztą nie wynika on z grzesznej natury tych kobiet. Raczej z lęku przed samotnością. Bardziej bały się samotności na ziemi niż wiecznego ognia w piekle i nie dość, że się rozwiodły, to na dodatek trwają w niesakramentalnym związku z innym mężczyzną. W ten sposób – w wyraźnym odróżnieniu od prostytutek – automatycznie stały się bękartami gorszego Boga. Wiem, jak bardzo boli, gdy doświadcza się uczucia bycia takim bękartem.

Moja matka Irena Wiśniewska z domu Szczygielska miała cztery nazwiska – wliczając także panieńskie – i trzy wielkie miłości w swoim życiu. Wszystkie miała szczęście poślubić. Z ostatniej miłości urodziłem się ja. Przybijała nam (bratu i mnie) drewniane krzyżyki do ściany nad łóżkami i uczyła nas pacierzy. Znałem wszystkie pacierze i wszystkie wypowiadałem wieczorem przed snem, klęcząc na łóżku przed tym krzyżykiem przybitym do ściany zbyt dużym gwoździem (mój ojciec nie chciał pomóc przy wieszaniu krzyży, bo po trzech latach w Stuthoffie przestał wierzyć w Boga). Każdej niedzieli wysyłała nas do kościoła i wpychała do ręki pieniądze na ofiarę. Mój brat czasami za te pieniądze kupował papierosy. Ja zawsze wolałem słodycze. Mimo to nie przychodził do nas z kolędą żaden ksiądz. Matka ochrzciła nas, wysłała do pierwszej komunii, najlepiej w szkole znaliśmy pacierze. A ksiądz z kolędą i tak do nas nigdy nie przychodził. Omijał drzwi naszego toruńskiego mieszkania tak, jak gdyby za tymi drzwiami mieszkali trędowaci innowiercy. Nigdy nie zapomnę łez w oczach mojej matki, gdy po kolędzie, która nas nie zaszczyciła, ze stołu przykrytego najlepszym obrusem zbierała posrebrzaną figurkę Jezusa na krzyżu i kropielnicę. Chowała do specjalnego kartonu w szafie, gdzie wszystko miało czekać przez cały rok na następną kolędę. Ostatni raz płacząc, schowała karton na dziesięć miesięcy przed swoją śmiercią w grudniu 1977 roku.

Moja matka była najpiękniejszą i najbardziej poprawną rozwiedzioną katoliczką, jaką zdarzyło mi się spotkać w życiu…



24 из 296