
Śmietniki ciągnęły jej wzrok jak magnes. Nie zależało jej tak bardzo na tym papierniczym sklepie, nie śpieszyła się do niego, skrupulatnie zatem oglądała napotykane po drodze betonowe lub ceglane budyneczki z zasobnikami. Widok wnętrza nie był pociągający, a woń każdego zdecydowanie odrzucała. Nikłą pociechę stanowił Chaber, węszący w nich gorliwie i z wyraźnym upodobaniem i Janeczka pomyślała filozoficznie, że niech przynajmniej pies ma jakąś przyjemność.
Była już blisko Sieleckiej, kiedy minęła ją idąca szybszym krokiem pani. Pani wyszła, z któregoś z sąsiednich domów i zmierzała ku śmietnikowi, niosąc ogromny i skomplikowany bagaż. Na ramieniu miała zawieszoną dużą, skórzaną torebkę, w rękach trzymała kilka toreb foliowych i naręcz łachmanów, a pod pachą ściskała coś, co wyglądało jak wielkie, płaskie pudło. Zatrzymała się na progu śmietnika i zawahała. Widać było, że przynajmniej połowę tych wszystkich rzeczy zamierza wyrzucić, ale nie wie jak to zrobić, bo ręce ma kompletnie unieruchomione. Spróbowała wepchnąć jedną torbę do najbliższego zasobnika, potrącony zasobnik zamknął się z głośnym szczęknięciem, uczyniła wysiłek, żeby go otworzyć i płaskie pudło wypadło jej spod pachy. Bezradnie spojrzała pod nogi, obejrzała się i jej wzrok padł na Janeczkę.
– Dziewczynko – powiedziała żałośnie. – Przepraszam cię, czy mogłabyś mi pomóc?
Janeczka była już blisko. Doskonale odgadła, że pani nie da sobie rady, jeżeli nie zdecyduje się wyrzucić wszystkiego z własną torebką włącznie. Torebka na długim pasku osunęła jej się z ramienia i balansując na łokciu, przeszkadzała jeszcze bardziej. Janeczka podbiegła i otworzyła zasobnik.
