
Skórzewski gwizdnął.
– Tak nagły skok ilościowy? Jak to możliwe?
– Ulepszyliśmy metody wykrywania. Mój uczeń Nilsen opracował pewien test… Po prostu wcześniej sporo przeoczyliśmy. Przynajmniej taką mam nadzieję – mruknął ciszej po norwesku i zamyślił się.
– Gdzie pojawiały się te nowe przypadki?
– Głównie tu, w Bergen – westchnął. – Jak na złość…
– Może w pobliżu centrum badań wykrywalność jest największa?
– Nie. Przeszkoliliśmy dwustu lekarzy. Mamy spisy rodzin, których członkowie chorowali na trąd w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat. Wszyscy oni są badani raz w roku. Kontrolnie bada się także innych. Oczywiście, nasze działania wywołują spory opór. Ludzie się boją…
Dojedli i wypili po kieliszku wina. Wreszcie wstali i ruszyli do wyjścia.
– Powinniście go odszukać i zabić – powiedział stojący przy drzwiach stary marynarz.
Tym razem Hansen nie wytrzymał.
– To bzdura – krzyknął.
A potem wygłosił dłuższą tyradę po norwesku, zbyt szybko, by Skórzewski mógł choćby częściowo wyłapać sens wywrzaskiwanych wyrazów. Z pewnością część z nich była obelżywa.
– Przepraszam – powiedział, gdy wyszli na ulicę. – Już nie mogę.
– Kogo mamy zabić? Czego chcą ci ludzie? – zapytał Paweł.
– Wmówili sobie, że gdy doktor Danielsen założył tu ośrodek badań nad trądem, przybył demon tej choroby, by obserwować nasze poczynania. Krąży po mieście i zaraża. Faktycznie, w zeszłym roku odnotowaliśmy dwadzieścia nowych przypadków. W tym roku już trzydzieści sześć.
