– Dzięki temu klienci czują się trochę pewniej. O czym to ja? Ach, tak. Program zakładał izolację wszystkich chorych i okresowe badania członków rodzin oraz mieszkańców wsi, w których wystąpiła choroba. Sporządziliśmy specjalne wykazy dla każdej prowincji. Izolacja przynosiła początkowo wspaniałe efekty. W 1830 roku zanotowaliśmy dwa tysiące przypadków, w 1850 już tylko tysiąc dwieście. W 1870 nieco ponad trzysta. W pięć lat później tysiąc siedemset.

Skórzewski gwizdnął.

– Tak nagły skok ilościowy? Jak to możliwe?

– Ulepszyliśmy metody wykrywania. Mój uczeń Nilsen opracował pewien test… Po prostu wcześniej sporo przeoczyliśmy. Przynajmniej taką mam nadzieję – mruknął ciszej po norwesku i zamyślił się.

– Gdzie pojawiały się te nowe przypadki?

– Głównie tu, w Bergen – westchnął. – Jak na złość…

– Może w pobliżu centrum badań wykrywalność jest największa?

– Nie. Przeszkoliliśmy dwustu lekarzy. Mamy spisy rodzin, których członkowie chorowali na trąd w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat. Wszyscy oni są badani raz w roku. Kontrolnie bada się także innych. Oczywiście, nasze działania wywołują spory opór. Ludzie się boją…

Dojedli i wypili po kieliszku wina. Wreszcie wstali i ruszyli do wyjścia.

– Powinniście go odszukać i zabić – powiedział stojący przy drzwiach stary marynarz.

Tym razem Hansen nie wytrzymał.

– To bzdura – krzyknął.

A potem wygłosił dłuższą tyradę po norwesku, zbyt szybko, by Skórzewski mógł choćby częściowo wyłapać sens wywrzaskiwanych wyrazów. Z pewnością część z nich była obelżywa.

– Przepraszam – powiedział, gdy wyszli na ulicę. – Już nie mogę.

– Kogo mamy zabić? Czego chcą ci ludzie? – zapytał Paweł.

– Wmówili sobie, że gdy doktor Danielsen założył tu ośrodek badań nad trądem, przybył demon tej choroby, by obserwować nasze poczynania. Krąży po mieście i zaraża. Faktycznie, w zeszłym roku odnotowaliśmy dwadzieścia nowych przypadków. W tym roku już trzydzieści sześć.



16 из 339