Musiał przyznać mu rację. A przecież ostrzegano go. Mógł zostać w Oslo. Mógł poczekać na odwilż… Ale pojechał. Kilkaset kilometrów przez wysokie przełęcze. Miał tydzień opóźnienia, tyle stracili, przeczekując zamiecie. Przymknął oczy i zmęczenie natychmiast zwyciężyło. Śnił… Łany dojrzałego zboża chwiały się w lekkich podmuchach letniego wiatru. Na błękitnym niebie świeciło cudownie ciepłe słońce…

Obudził się natychmiast, gdy ustał ruch dyliżansu. Pasażerowie tłoczyli się w stronę wyjścia. Przez otwarte drzwi wdarł się strumień lodowatego powietrza. Doktor z wysiłkiem odrzucił skórę i założył na siebie ciepły płaszcz podróżny z wielbłądziej wełny, na którym dotąd siedział. Głowę nakrył karakułową papachą. Powoli, ostrożnie wyszedł na zewnątrz. Skóra na policzkach momentalnie zaczęła go piec. Odetchnął kilka razy i stopniowo zaczął dochodzić do siebie. Rozejrzał się załzawionymi od mrozu oczyma. Zasypany śniegiem podjazd, nieludzko zmęczone konie narzucono derkami, woźnica w ciężkiej, niedźwiedziej szubie właśnie dziarsko zeskoczył z kozła. Chłopak w uniformie zdejmował z dachu walizy i pakunki. Przed drewnianym budynkiem stacji chwiał się na wietrze szyld. Bergen. Doktor spojrzał na swój bagaż. Nie miał pojęcia, jak daleko jest do szpitala. Trzeba będzie nająć sanki. Nieoczekiwanie ktoś mocno uścisnął jego dłoń.

– Armauer Hansen. – Usłyszał. – Pomyślałem, że wyjdę po pana, panie kolego. Witamy w Bergen.

– Miło mi. Paweł Skórzewski. – Z trudem uniknął odgryzienia języka, szczęka kłapała mu jak pułapka na myszy.

Z wysiłkiem uniósł głowę. Doktor Hansen nie wyglądał na swoje trzydzieści pięć lat. Skóra twarzy pociemniała mu od słońca i mrozu, błękitne oczy płonęły dziwnym blaskiem.

– Widzę, że trudy podróży dały się, panie kolego, we znaki – powiedział z troską. – Szpital jest dwie ulice stąd. Zaraz będziemy na miejscu.

Zapakował dwa kufry i okutą na rogach walizkę gościa na lekkie sanki, które przyprowadził ze sobą.



2 из 339