
– Przepraszam za spóźnienie…
– Nic nie szkodzi. Domyślałem się, że śnieg was zatrzymał. Czasem szlak zamiera na całe tygodnie. Ale obiecują, że za dziesięć lat dotrze do nas linia kolejowa. Jak wyglądają zimy u was, w Polsce? – zapytał.
– Jest znacznie cieplej – wyjąkał, szczękając zębami, Skórzewski. – I nie wieje tak strasznie. Poza tym ta polarna noc…
Gospodarz uśmiechnął się lekko.
– No, nie przesadzajmy. Tu, w Bergen nie mamy polarnych nocy. Po prostu o drugiej po południu zapada zmierzch…
Weszli pomiędzy domy. Paweł, pomimo ciemności i łzawienia oczu, spostrzegł, że wszystkie budynki przy ulicy wzniesiono z drewna. Pomalowane na biało lub jasnozielono, sprawiały smutne wrażenie. Obito je cienkimi, zachodzącymi na siebie deskami. Przypominało mu to konstrukcje klepkowych łodzi, które widział, praktykując na Polesiu.
W wielu oknach paliło się światło. W środku ludzie siedzieli przy ciepłych kominkach, pili kawę, rozmawiali lub bawili się z dziećmi. Zacisnął zęby i, aby uwolnić się choć częściowo od rzeczywistości, zaczął liczyć kroki. Zrobił ich dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć… Półtora kilometra.
Niebawem zatrzymali się koło niewielkiej bramy. W mroku spostrzegł jeszcze wznoszącą się tuż obok drewnianą wieżę.
– Kaplica przyszpitalna – wyjaśnił gospodarz.
Zakutany w kożuch strażnik bez słowa wpuścił ich do środka. Doktor Hansen wziął oba kufry, jakby nic nie ważyły, po prostu zarzucił sobie po jednym na każde ramię. Przybysz zaopiekował się swoją walizką i ruszył w ślad za nim. Budynki szpitala z trzech stron otaczały spory dziedziniec. Od ulicy czworobok zamykała ta niewielka, drewniana kaplica. Weszli na podwórze. Leżało tu około metra śniegu. Tylko od bramy do drzwi wejściowych przekopano wąską ścieżkę, wysypaną obficie popiołem.
Hansen szedł jak baletnica, balansując kuframi; jeden był znacznie cięższy, więc trudno mu było utrzymać równowagę. Skórzewski ciągnął walizkę po śniegu. Nie miał siły jej dźwigać. W jednym z kątów podwórza leżało kilka pakunków, zawiniętych w szare płótno, pokrytych szronem. Szóstym zmysłem wyczuł śmierć.
