Lekarz znowu użył szpilki. Nakłuwany syczał z bólu za każdym razem.

– To jakiś liszaj – mruknął Hansen. – Zapiszemy maść cynkową, ale…

Wykonał próbę z nalewką jodową. Wreszcie wyciął kawałek skóry i umieścił go w małym, blaszanym pudełku.

– Powinniście go dorwać – mruknął chłopak, wychodząc.

Ostatnią z długiego szeregu badanych była starsza wiekiem kucharka. Sądząc po jej nader obfitych kształtach, kosztowała większości przyrządzanych przez siebie potraw. Skórę pokrytą miała dość gęsto pieprzykami, ale także nie widać było na niej nic podejrzanego.

– Ludziska na targu mówią, że Dziadek Trąd znowu krąży po mieście – powiedziała, gdy zakończyli badanie i ubierała się za parawanem. – Musicie go złapać.

– Dziadek Trąd – westchnął Hansen.

– Widzieli go ludzie, kilka dni temu o zmroku przeszedł przez targ rybny. Szedł w stronę Bryggen.

– To tylko wymysł. Może rzeczywiście krąży po mieście jakiś włóczęga chory na trąd, którego należałoby złapać, ale nie ma on nic wspólnego z zarazą.

– Ja wiem – westchnęła. – To tu, w mieście założonym przez niemieckich kupców, zaraza z Lewantu pojawiła się po raz pierwszy. Dlatego tu przybył… Między drewnianymi domami czuje się najlepiej. Wszystko wygląda jak w czasach, gdy przybył. Nosi szeroki, skórzany kapelusz, jak kupiec z czasów Hanzy. Z twarzy podobno zostały mu tylko oczy. Może przydałby się do tego ksiądz – powiedziała. – Katolicki ksiądz, oczywiście.

– Świetnie – mruknął Hansen. – Skoro tak… To jak niby mam go zabić? Ducha nie można złapać.

– Zobaczyłeś jako pierwszy na świecie bakterie trądu, doktorze. Może wkrótce wypichcisz lekarstwo. – Uśmiechnęła się. – On się ciebie boi. On cię nienawidzi. On cię będzie śledził. Może któregoś dnia dotknie cię zaraza…

Lekarz wzdrygnął się.

– Chodźmy – powiedział do Skórzewskiego. – Ten dom jest, na szczęście, całkowicie czysty.



20 из 339