
Otworzył szafkę i zręcznie wydobył z niej kilkanaście butelek z preparatami i związkami chemicznymi. Odsypywał na wagę laboratoryjną odpowiednie ilości poszczególnych składników, a potem wsypał je do porcelanowego moździerza i zaczął ucierać.
Wszedł doktor Danielsen.
– Żyjemy w ciekawych czasach – powiedział, gdy Hansen ustąpił mu miejsca przy mikroskopie.
– Wkrótce zapewne poznamy wygląd innych bakcyli – odparł Armauer. – Z czasem może nauczymy się je tępić dzięki wiedzy o tym, jak są zbudowane…
– Czeka cię długie, wspaniałe życie w najbardziej pionierskich latach medycyny – westchnął Danielsen. – Szkoda, że tak wcześnie się urodziłem. Kto wie, może to właśnie wy uzyskacie lekarstwo przeciw leprze.
– Rzucą panowie okiem na te preparaty? – Skórzewski wyjął z kufra kilka słojów z zakonserwowaną ludzką skórą.
– Hmm, popatrzmy na to. – Hansen obejrzał pierwszy z nich. – Mamy tu trąd w klasycznej postaci. Narośle, zgrubienia… A tu jest ta druga odmiana. Gładka, czerwonawa plama na skórze, zapewne za życia pacjenta była niewrażliwa na ból. Masz coś ciekawszego?
– Większość podobna.
– Pokazuj. To jest łuszczyca, tyle że bardzo zaawansowana. A to jakiś liszaj, nie mający z prawdziwym trądem nic wspólnego. Właśnie – mruknął. – Próbka z Bryggen.
Wyjął z torby słoik i wydobył z niego pęsetą skrawek skóry, wycięty z pleców chłopaka.
– To rak skóry. – Danielsen wrócił do oglądania kolejnych preparatów. – Niezła kolekcja. A tu znowu trąd, tylko taki uderzający do wewnątrz. Na skórze ledwo widoczny, za to głębiej… Życzę miłej pracy. – Uśmiechnął się i, zabrawszy miseczkę z gotowym preparatem, poszedł do części zakładu zajmowanej przez chorych.
– Ma chłopak szczęście – powiedział Hansen, manipulując pod mikroskopem próbką. – Bakcyli lepry tu nie ma.
Otworzył drzwiczki pieca stojącego w kącie i rzucił próbkę w płomienie. Nieoczekiwanie zastygł, patrząc przez okno. Zjawa stała na dziedzińcu szpitala. Skórzewski też ją zauważył. A potem zniknęła wraz z tumanem śniegu niesionym przez wiatr.
