– Widziałeś? – zapytał Skórzewski.

– Tak. To pewnie jakiś włóczęga. Wiem, co chcesz powiedzieć. Faktycznie wyglądał na ducha. Zgoda, miał kapelusz, jakiego się tu od dziesięcioleci nie nosi, przynajmniej od czasów, gdy Hanza opuściła miasto.

Skórzewski popatrzył na kolegę. Doktor Hansen miał wytrzeszczone oczy, spojrzenie mu zmętniało.

– Idziemy. – Pociągnął Armauera za ramię. – Którędy?

– Prosto i na lewo. Wyjdziemy na nabrzeże.

Ruszyli, podtrzymując się nawzajem na oblodzonych deskach. Szli w milczeniu. Skórzewski poruszał cicho ustami. Hansen uśmiechnął się i też zaczął liczyć. Zatrzymali się przed bramą szpitala.

– Dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć – powiedział Skórzewski poważnie.

– Ja też liczyłem. Zacząłem później niż ty i wyszło mi tyle samo – mruknął Hansen. – Kiedyś już próbowałem – dodał cicho.

Przeszli przez dziedziniec i weszli do szpitala. W progu czekał doktor Danielsen.

– Oswald się powiesił – powiedział ze smutkiem. – Nie wytrzymał…

Hansen uśmiechnął się ponuro i z melancholią.

– Nie powiedziałem ci jeszcze o tym – westchnął. – Czasami pacjenci uciekają w ten… sposób.

Laboratorium powitało ich ostrą wonią odczynników.

Skórzewski z piętra przydźwigał kufer. Wydobył z niego stalowe, niklowane pudełko.

– Mam tu taki mały prezent.

Hansen otworzył je i wyjął kilkanaście szklanych płytek z preparatami. Położył pierwszy z nich pod mikroskopem i starannie podregulował ostrość.

– Hmm. Ładna kultura bakterii na rozmazie z ludzkiej krwi… Podbarwione czymś…

– Jodem. To dzieło Polaka, doktora Tadeusza Browicza.

– I cóż to za zaraza?

– Pałeczki duru brzusznego.



22 из 339