
Doktor ruszył przed siebie ścieżką posypaną popiołem i wszedł do budynku. Nieduża sień, wyłożona kamiennymi płytami. Kilka par drzwi. W które zapukać? Usłyszał odgłos kroków. Odwrócił się i zobaczył Armauera schodzącego ze schodów.
– Witam, widzę, że już pan wstał?
– Przepraszam, chyba zaspałem…
– Ależ nic nie szkodzi. Po takiej podróży musiał pan wypocząć… Zrobiliśmy rano sekcję z Danielsenem.
– I jak wyniki?
– Faktycznie, nietypowe nacieki na wątrobie. Wsadziliśmy próbki w spirytus, potem to spokojnie obejrzymy. A na razie zapraszam. – Hansen pchnął solidne dębowe drzwi, zaopatrzone w kilka żelaznych rygli.
Weszli do dużego, wysokiego na dwie kondygnacje pomieszczenia. Po prawej ciąg drzwi prowadził do niewielkich pokoików. Chorzy snuli się pod ścianami, kilku siedziało przy stole, czytało lub słuchało starszej kobiety czytającej Biblię. Salę obiegała galeryjka, z której można było wejść do izb na piętrze.
– W tej chwili przebywa tu osiemdziesięciu pacjentów – powiedział gospodarz. – Część z nich nie jest już w stanie się poruszać, tych umieściliśmy na dole. Zajmuje się nimi, poza nami, jeszcze pięć osób personelu.
– To wystarcza?
– Największe problemy mamy z częstą zmianą opatrunków. Pacjentom staramy się zapewnić minimum rozrywki, niezbędnej do walki z apatią, ale większość jest niepiśmienna.
Chorzy, słysząc głosy przy wejściu, powoli zwrócili twarze i z melancholią patrzyli na lekarzy. Skórzewski wzdrygnął się mimowolnie, widząc narośla, obrzęki i rany na ich obliczach. Hansen wyprowadził go do sieni.
– Trudno przywyknąć – westchnął. – Choć dla mnie dużo gorsza jest świadomość, że oni wszyscy już w zasadzie nie żyją. Jeszcze chodzą, jeszcze myślą, ale na dobrą sprawę już ich nie ma. – Strzelił palcami. – Od początku istnienia tego leprozorium prowadzone są badania nad rozmaitymi lekami…
