
– Masz jakiś własny dochód?
Wyraźnie dawał do zrozumienia, że ma prawo to wiedzieć!
– Pracuję! – syknęła Leith, mierząc go nieprzyjaznym wzrokiem, a jej zielone oczy ciskały błyskawice.
– Pracuję, cholernie ciężko haruję na każdego pensa, jakiego dostaję!
Objął aroganckim spojrzeniem jej płonącą twarz.
– Święcie w to wierzę – oznajmił zwięźle i wyniośle. Nigdy dotąd Leith nie miała takiej ochoty kogoś uderzyć. Odwróciła się szybko i pomaszerowała do pokoju Sebastiana. Kuzyn Travisa podążył za nią. Leith szybko zapaliła światło. Travis poruszył się we śnie i otworzył jedno nieprzytomne oko. Wzrok Leith jednak powędrował w bok. Widocznie w ciągu nocy zrobiło mu się gorąco i w zamroczeniu pozbył się ubrania, które leżało teraz na podłodze.
Znowu spojrzała na łóżko, kiedy kompletnie ogłupiały i zdezorientowany Travis wymamrotał:
– Skąd ja się tu wziąłem?
Stojący u jej boku mężczyzna natychmiast rozpoznał i ocenił kondycję kuzyna:
– Sądząc po stanie, w jakim się znajduje – zauważył – niewiele dziś miałaś z niego pożytku.
Leith nabrała szczerej chęci, żeby mu przyłożyć i chyba zrobiłaby to, gdyby nie przesunął się w stronę łóżka.
– Czas do domu, staruszku – odezwał się łagodnie.
Wyniosła się do kuchni, z niedowierzaniem stwierdziła, że jest czwarta rano, i starannie zamknęła za sobą drzwi. Wkrótce jednak jej myśli podążyły w kierunku mężczyzny, który o tej porze wdarł się do jej mieszkania.
Ze sposobu, w jaki ten ohydny typ odzywał się do Travisa, wynikało, że rzeczywiście są krewnymi. Nie usprawiedliwiało to jednak wcale jego zachowania w stosunku do niej. Jak śmiał zwracać się do Leith jak do podrzędnej dziwki chwytającej się życiowej szansy!
