
– Miła jesteś – odparł bez uśmiechu. – Straciłem wątek, ale jakieś strzępki sobie przypominam.
Przez chwilę wydawał się błądzić myślami gdzieś daleko, po czym znów przypomniał sobie, gdzie jest.
– Chyba urwał mi się film i to już w piątek, kiedy Rosemary zerwała ze mną. Wtedy byłem jeszcze trzeźwy…
Leith poczuła się winna, ponieważ to ona doprowadziła do ich spotkania. Rosemary kochała go, to nie ulegało wątpliwości, ale miała swoje własne, prywatne piekiełko, w którym jej miłość do Travisa walczyła o lepsze z przesądami, w jakich została wychowana.
Nie była w stanie powiedzieć ani jednego pocieszającego słowa o ich przyszłości, ograniczyła się więc do pytania:
– Czujesz się dzisiaj choć trochę lepiej?
– A jak wyglądam? – zapytał, tym razem z ledwie widocznym cieniem uśmiechu. – Nie, lepiej nie odpowiadaj! Moja matka twierdzi, że nawet głodny kot nie miałby na mnie apetytu.
– Matka bardzo martwiła się o ciebie – zauważyła Leith, przypominając sobie, że gdyby pani Hepwood nie odchodziła od zmysłów, ona sama nigdy nie miałaby okazji gościć, wbrew sobie, jego złośliwego i pyszałkowatego kuzynka, do tego o czwartej rano.
– Jestem jej najmłodszym synem – odparł Travis. Miało to chyba wyjaśnić, dlaczego matka tak niepokoi się o niego.
– Masz brata? – zapytała.
– Nawet dwóch, Hugo i Willa, ale obaj są żonaci i mają rodziny na utrzymaniu. Ojciec jest wspaniały, ale w trudnych chwilach działamy na siebie jak czerwona płachta na byka. Dlatego matka, naturalnie, od razu zwróciła się do Naylora.
– Naylor to ten twój kuzyn… kawaler?-dopytywała się Leith, wciąż nie rozumiejąc, dlaczego Naylor był osobą, do której naturalnie zwróciła się pani Hepwood.
– Właśnie – powiedział Travis. – Chociaż dla mnie jest on po prostu jak jeszcze jeden brat. – I tonem wyjaśnienia dodał: – Jego rodzice zginęli w wypadku tego samego roku, kiedy ja się urodziłem. Matka była bardzo przywiązana do swojej siostry, matki Naylora, i nalegała, żeby zamieszkał właśnie z nami.
