
– Był czarujący – skłamała bez żalu. Widać było, że mu ulżyło.
Następnego dnia zdążyła już dojść do siebie po tych niezwykłych wydarzeniach. Kiedy jednak ubrana w plisowaną spódnicę i obszerny żakiet jechała do pracy, myśli o kuzynie Naylorze, bo tak go teraz nazywała, bez przerwy krążyły gdzieś na granicy świadomości.
Miała go przed oczami, kiedy skręcała na parking dla pracowników. „Gwałtowny" to było za słabe określenie jego zachowania! Oczywiście, jeśli ktoś spędził pół nocy na ulewnym deszczu w poszukiwaniu Travisa, na pewno nie mógł tryskać humorem. Zwłaszcza jeśli był to kuzyn Naylor.
W myślach cieszyła się – dobrze mu tak, szkoda, ze nie było oberwania chmury z huraganem – gdy nagle, po drugiej stronie parkingu, gdzie zwykle ustawiali swe wozy szefowie firmy, ujrzała nowy samochód. I to jaki! Jaguar był długi, smukły i jakby wprost z fabryki. Leith wysiadła z małej, wcale nie smukłej i pamiętającej lepsze czasy mini. Wtedy przypomniała sobie, ze dziś właśnie miały sprowadzić się tu wszystkie grube ryby od Massinghama.
Ruszyła w stronę biura. O ile Jimmy mówił prawdę- a jego źródła zwykle były pewne – pan Massingham również miał przyjechać. Leith miała dziwne przeczucie, że jaguar należy właśnie do niego.
Wchodząc powiedziała „dzień dobry" kilku pracownikom, po czym skierowała się do biura swego kierownika działu, Roberta Drewera. Po drodze doszła do budującego wniosku. Nic dziwnego, że firma Massingham jest tak potężna i sprawna. Nie każdy szef przybywa do pracy jeszcze przed swoimi pracownikami. Ten facet musi być pracoholikiem!
Po krótkiej dyskusji z Robertem Drewerem zabrała kilka dokumentacji i przeszła do swojego pokoju, do którego właśnie wszedł także jej asystent.
– Dzień dobry, Jimmy – przywitała go. – Wygląda na to, że będzie masa roboty!
– A co nowego poza tym? – zapytał wesoło.
