
Leith nie była taka pewna tego szczęścia! Wolałaby, żeby go nie miał aż tyle, nie powiedziała jednak nic na ten temat.
– Jak to? – zapytała jedynie.
– Wygląda na to, że Naylor spędził całe godziny na sprawdzaniu moich dawnych znajomości bez rezultatu, kiedy ktoś przypomniał sobie, że często widywał mój samochód przed tym domem. Przyjechał i mój samochód stał tu rzeczywiście. Tak mnie odnalazł.
Jak wiele potrafi zdziałać odrobina wściekłej determinacji, pomyślała Leith, po czym zapytała:
– A dlaczego zadzwonił akurat do moich drzwi? – przypomniała sobie, jak ten ohydny typ naciskał jej dzwonek przez dobrych parę chwil. – To nie jest przypadek, żeby w całym bloku trafić na to jedno, jedyne mieszkanie, w którym akurat byłeś.
– To nie przypadek, po prostu kolejny łut szczęścia. Nie wszystko pamiętam z przebiegu ostatniej nocy, ale wydaje mi się, że miałem wtedy odrobinę… hm… zachwianą równowagę. W takim stanie musiałem niechcący upuścić kluczyki od samochodu. Naylor wszedł do budynku i właśnie zaczął mnie szukać, kiedy zobaczył na wycieraczce, tuż pod twoimi drzwiami, komplet kluczy. Rozpoznał je po breloczku z alzackich winnic. – Wstał, zbierając się do wyjścia i dodał serdecznie: – Dziękuję, że zaopiekowałaś się mną ostatniej nocy, Leith.
– A od czego są przyjaciele? – uśmiechnęła się, odprowadzając go do drzwi.
– Wybaczyłaś mi zatem?
– Oczywiście – zapewniła go wesoło, ale, tknięta nagłą myślą, zapytała jeszcze: – Czy… wyjaśniłeś może kuzynowi, że nie jestem twoją przyjaciółką… to znaczy, dziewczyną?
– Nie mogłem. Bałem się, że powiem za dużo i wspomnę o Rosemary i… – Travis urwał, po czym zapytał szybko: – Czy Naylor… zachowywał się uprzejmie ostatniej nocy?
– Uprzejmie? – zdziwiła się Leith.
– Pomyślałem sobie… wiesz, on potrafi czasami być… gwałtowny. Jeżeli myślał, że ty… – zawiesił głos. Wydawał się w tej chwili tak znużony i wyczerpany, że Leith nie miała serca powiedzieć mu, jak brutalnym draniem okazał się jego kuzyn.
