
Powoli odwróciła się i podniosła głowę. I po raz drugi, od chwili poznania tego człowieka, otworzyła usta ze zdumienia. Szok zamurował ją kompletnie, patrzyła nieruchomo na ciemnowłosego, ciemnookiego mężczyznę, który także zdawał się nie wierzyć własnym oczom.
– Bogowie – mruknął. – To nie możesz być ty!
– C-co pan tu robi? – wykrztusiła.
Już przedtem zorientowała się, że mężczyzna, którego przezwała Kuzynem Naylorem, odpowiada tylko na te pytania, które sam uzna za stosowne. Teraz także pozwolił, by jej pytanie zawisło w próżni. Podszedł bliżej, objął uważnym wzrokiem jej gładko ściągnięte do tyłu włosy i bez słowa zerwał jej z nosa okulary. Wyglądało na to, że chce sprawdzić, czy jej zielone oczy mają ten sam kolor, jaki miały we wczesnych godzinach niedzielnego poranka.
– Niech mnie piorun strzeli, ale wszystkich nabrałaś! -rzucił bezczelnie, wtykając jej okulary do ręki.
– A to co ma znaczyć? – zapytała wyzywająco.
– Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem przez ten krótki czas, od kiedy tu pracujesz, zarobiłaś sobie na przezwisko Panny Lodowatej – raczył odpowiedzieć wreszcie na jedno z jej pytań, choć nie była to miła odpowiedź.
Leith już chciała odpowiedzieć ozięble, że jest tu wyłącznie po to, by pracować, a nie flirtować z każdym, kto ma na to ochotę, kiedy nagle dotarł do niej prosty fakt, że skoro Naylor wie, jak długo tu pracuje, to znaczy, że ktoś z kadr lub pan Catham przedstawił mu w skrócie każdego pracownika.
– Czy ty… – zaczęła, ale wciąż nie chciała uwierzyć w to, co stawało się coraz bardziej oczywiste. – Ty nie możesz być… – spróbowała jeszcze raz. Znowu nabrała ochoty, żeby mu przyłożyć, kiedy na jego twarzy pojawił się drwiący wyraz.
– O, sądzę, że raczej jestem – wycedził i przedstawił się na wypadek, gdyby jeszcze to do niej nie dotarło:
– Jestem Naylor Massingham.
Żadne z nich nie wyciągnęło dłoni, więc dodał jeszcze:
