
– Możesz mówić do mnie: „proszę pana". Niedoczekanie!
– A więc… – ciągnął, lustrując ją bezlitośnie. Jego wzrok na pewno nie ominął niczego, a zwłaszcza iskierek gniewu w jej oczach. – A więc powiedz mi, co taka miła dziewczynka – zaakcentował ironicznie – jak ty robi w takim miejscu?
Leith aż się zagotowała pod smagnięciami jego sarkastycznych uwag, ale starała się opanować. On jednak zdawał się czerpać piekielną radość ze znęcania się nad nią i Leith poczuła, że nie jest już w stanie pozostać pasywną, pokorną i cichą, zwłaszcza kiedy zachęcony jej milczeniem podjął swe rozważania.
– Płacą ci dobrze, jestem tego pewien, ale ty i tak…- objął spojrzeniem jej kostium, który wprawdzie maskował figurę, ale był drogi i w dobrym gatunku -… tyrasz pewnie po godzinach, żeby spłacić to kosztowne mieszkanie…
– Jak spłacam moją hipotekę, to wyłącznie moja sprawa – odparowała Leith, tym razem naprawdę dotknięta do żywego.
– Nie wtedy, kiedy jest w to zamieszany członek mojej rodziny – cisnął jej w twarz już bez śladu szyderstwa.
– To nie dotyczy… – urwała. Przypomniała sobie, że Naylor podejrzewa swego kuzyna Travisa o płacenie jej rachunków hipotecznych.
– Ale dotyczy mnie! – ostro oznajmił Massingham.
– Masz zły wpływ na mojego kuzyna – dodał prosto z mostu. – Wczoraj znów przyszedł zalany w drobny mak!
– To nie moja wina.
– Chcesz mi wmówić, że nie widziałaś go, odkąd niemal wyniosłem go z twojego mieszkania?
– Nie, ale…
– Myślę, panno Everett-przerwał jej, zanim zdążyła wyjaśnić, że Travis wpadł tylko na chwilę, żeby ją przeprosić i zabrać samochód. – Sądzę, że w pani interesie leży to, aby już nigdy więcej się z nim nie zobaczyć.
– W moim interesie? – powtórzyła, zanim to do niej dotarło. – Ja… – wyjąkała. – Pan nie może…
Usiłowała nie poddawać się panice. Jeśli dobrze zrozumiała – a nie miała pojęcia, czym innym mogłaby ją szantażować ta cholerna świnia – stawką była jej posada! I nagle przyszedł jej z pomocą gniew. Co za niesprawiedliwość!
