
– O, niedługo wychodzę – odparła lekko.
– Chcesz, żebym został?
– Idź, idź – odpowiedziała z uśmiechem. – Z tym powinnam poradzić sobie sama.
Czy aby na pewno? – zastanawiała się po jego wyjściu. Lubiła swoją pracę, potrzebowała jej, towarzystwo budowlane, któremu spłacała hipotekę, też pewnie wolałoby, żeby utrzymała to dobrze płatne zajęcie. Ale nie miała pojęcia, jak to zrobić, jeśli ta świnia z nowego skrzydła powie jej: wynoś się.
O szóstej, kiedy nawet najwięksi maruderzy poszli już do domu, Leith zmieniła zdanie. W tej chwili gotowa była dość dokładnie powiedzieć Massinghamowi, gdzie ma tę posadę. W następnej minucie już zmieniła zdanie, ale jedno było pewne: należy zacząć działać.
Złapała słuchawkę telefonu. Szybko znalazła numer w spisie i – pewna, że Moira Russell już dawno poszła do domu – zadzwoniła.
– Sekretarka pana Massinghama – odezwał się jasny głos Moiry i Leith pojęła, że, podobnie jak szef, Moira pracuje do późna.
– Tu Leith Everett – oznajmiła oficjalnie i, nie dając sekretarce dojść do słowa, ciągnęła dalej. – Czy może pani przeprosić pana Massinghama? Muszę już wyjść… mam ważne spotkanie.
Po co dodałam tę ostatnią bzdurę, zastanawiała się, kierując się w stronę parkingu. Może, mimo osobistego stosunku do Naylora Massinghama, uznała, że dobre wychowanie tego wymaga?
Wycofywała swój samochód, kiedy spostrzegła jaguara, którego po raz pierwszy ujrzała… Boże, czy rzeczywiście wczoraj rano? Jeżeli należy do Naylora Massinghama, a tego była niemal pewna, to znaczy, że jej szef jeszcze pilnie pracuje. Doskonale! To go będzie trzymać z dala od Olindy Bray!
Wielkie nieba! A to skąd mi się wzięło – zdumiała się Leith. Przecież w ogóle jej nie obchodzi, z iloma przepysznymi blondynkami się spotyka!
Nie była bardzo głodna, ale po powrocie zrobiła sobie filiżankę herbaty i kanapkę. Martwiła się, oczywiście, wiedziała, że będzie się martwić. Nie żałowała, że poszła do domu – w końcu, na litość boską, czekała całe popołudnie.
