
Czuła się tak, jakby ją ktoś przeżuł i wypluł, więc wzięła kąpiel, przebrała się w koszulę nocną i bawełniany szlafrok, wyszczotkowała włosy. Było jeszcze za wcześnie, żeby kłaść się spać – zresztą wiedziała, że i tak będzie jej trudno zasnąć.
Kiedy zastanawiała się, czy jutro też będzie czekać na swój wyrok przez cały dzień, ktoś zadzwonił do drzwi. Poczuła dziwny ucisk w żołądku i zrozumiała, że wcale nie będzie musiała czekać do jutra.
Była jednak zaskoczona, kiedy ujrzała stojącego na progu Naylora Massinghama. Więcej – była tak roztrzęsiona, że zaprosiła go do środka, zaprowadziła do salonu i dopiero zdołała pozbierać myśli. Wtedy też spostrzegła, że musi mieć ze sobą jakieś poufne papiery, skoro zabrał teczkę na górę.
Jego wzrok przesunął się od lśniących, kasztanowych włosów, poprzez pozbawioną makijażu twarz, elegancki szlafroczek, aż po czubki bosych stóp. Leith zapomniała języka w ustach, a wewnętrznie aż drżała z niepokoju, co też usłyszy za chwilę. Rychło jednak odzyskała mowę, kiedy Massingham odezwał się, mierząc ją sardonicznym spojrzeniem:
– W pełnej gali na niezmiernie ważne spotkanie – syknął, po raz kolejny obrzucając wzrokiem jej nocny strój, i dodał równie drwiąco: – A może gość jest już w środku?
– Wcale nie! – wybuchnęła Leith. Nienawidziła Naylora Massinghama całą swoją istotą… jego i tych obraźliwych pytań!
Podniosła błyszczące wrogością oczy. Niewzruszony, wytrzymał jej spojrzenie, nie spiesząc się z wyjawieniem celu swej wizyty, postawił teczkę i zapytał:
– Oczekujesz kogoś, prawda?
Leith zaczerpnęła tchu, żeby odzyskać spokój, po czym podjęła walkę – bo tak traktowała ich rozmowę -jego własną bronią.
– Nie mam dziś spotkania z Travisem, bo pewnie o to panu chodzi – oznajmiła chłodno.
