
– Nie! – udało jej się krzyknąć, kiedy na moment uwolniła się spod władzy jego warg.
To było wszystko, co udało jej się powiedzieć, ponieważ znowu wziął w posiadanie jej wargi i całował ją jeszcze namiętniej. Czuła, jak mocniej przyciąga ją do siebie… i nagle, gdzieś wewnątrz jej ciała, odezwało się dziwne uczucie mrowienia. Usiłowała go odepchnąć, ale zaskoczona poczuła, że tak naprawdę wcale nie ma na to ochoty.
Dłonie Naylora pieściły jej plecy, zsunęły się do talii, potem dosięgły bioder.
– Och… – westchnęła, czując, jak rozpalają się w niej iskierki pożądania. Uniosła ramiona, oplotła nimi jego szyję i już z własnej woli oddała pocałunek.
Pogrążyła się w nieświadomości, zapomniała, po co do niej przyszedł, jeszcze pół godziny temu uznawała go za najohydniejsze z męskich stworzeń.
I wtedy nagle, niespodziewanie, znieruchomiał. W następnej chwili odepchnął ją od siebie.
Gapiła się na niego, powoli wracając do przytomności, nie wiedziała, co właściwie dzieje się wokół. Chwiała się jeszcze od niespodziewanej siły, z jaką działały na nią jego pocałunki, kiedy oznajmił drwiąco:
– Mów mi dalej, że nie należysz do każdego, kto tego zechce.
Słowa te podziałały na nią jak zimny prysznic. W jednej chwili odzyskała przytomność umysłu i, choć wciąż jeszcze miała na uwadze swoją posadę, zapragnęła nagle go udusić.
– Wiec dlaczego tu przyszedłeś?-syknęła gwałtownie. – Bo chyba nie po to, aby udowodnić niszczącą moc swego sex appealu?
Kipiała wściekłością i nie była pewna, czy nie rzuci się na niego z pazurami. I naraz jej świeżo nabyta skłonność do rękoczynów została skutecznie ostudzona: usta jej gościa wykrzywiły się leciutko, jakby jej sarkazm go rozbawił.
Wkrótce przekonała się, że była w błędzie. Naylor Massingham nie wyglądał na rozbawionego, wręcz przeciwnie.
