
– O tak, wiem – odparł łaskawie. – Wyjechał dzisiaj za granicę w interesach.
– W nadziei, że mu wywietrzeję? – zapytała, nie dając poznać po sobie zaskoczenia. Wczoraj jeszcze Travis nic nie wspominał o wyjeździe. Gdzieś za tym kryła się ręka Massinghama. Travis powiedział, że kuzyn bardzo szanował jego ojca. Czy ten szacunek nie był przypadkiem wzajemny? A może zmówili się, że Travisowi dobrze zrobi krotki wyjazd?
– Wcale tego nie oczekuję – odparł i dodał ostro:
– Chciałem po prostu sprawdzić, ilu masz bliskich przyjaciół płci męskiej.
Leith zamrugała powiekami, słysząc tę bezczelność.
– Wiem, że w biurze nosisz etykietkę „nie dotykać eksponatu" – ciągnął tymczasem (przynajmniej tyle, pomyślała Leith) – ale powiedz mi, odkąd to nosisz kapelusz myśliwski?
– Kape… – urwała, przeklinając jego spostrzegawczość. Z salonu nie mógł widzieć wieszaka na płaszcze i kapelusze, a jednak wiedział co na nim wisi.
– Kapelusz nie należy do mnie-odparła z godnością.
– Niemożliwe – warknął.
Leith rzuciła mu wymowne spojrzenie.
– Jeżeli już musi pan wiedzieć, kapelusz zostawił Sebastian, zanim… – zaczęła, ale urwała, bo Naylor Massingham przerwał jej brutalnie.
– A zatem Travis, którego tak zdawałaś się kochać jeszcze wczoraj, nie jest twoim jedynym kochankiem!
– Kochankiem?! – wykrzyknęła zaskoczona.
– Boże, jacyśmy niewinni! – zakpił Massingham.
Nagle w jego oczach zapaliło się demoniczne światełko. Ponieważ wyglądał na człowieka, który chętnie udowadnia własne teorie, postąpił dwa kroki do przodu i wyciągnął w jej stronę ramiona.
Nikt nigdy nie całował Leith w ten sposób. Być może, z powodu ciężkiej pracy, która nie zostawiała jej wiele czasu – ani chęci – by zajmować się takimi rozrywkami, całowała się rzadko i nigdy aż tak! Walczyła jak oszalała, pojęła jego zamiary od pierwszej chwili. Oplatające ją ramiona były jednak silne jak żelazna obręcz. Nie było od nich ucieczki, podobnie jak nie było ucieczki od bliskości jego ciała. Wkrótce odkryła też, że nie można uciec od jego ust.
