
Po drugim spojrzeniu na pracodawcę zdołała się opanować i znalazła dość sił, by wyjaśnić chłodno:
– Rozumiem, że chce mi pan dać do wyboru: albo zostawię Travisa, albo, o ile nie zdoła mnie pan dosięgnąć kontraktem Norwood & Chambers, będzie pan tak długo grzebał w umowach, w których miałam choćby minimalny udział, aż udowodni mi pan zaniedbania w pracy!
Nienawidziła kąśliwości, która znowu pojawiła się w jego głosie, gdy stwierdził:
– Równie zmyślna, jak śliczna! – po czym pochylił się i wziął do ręki aktówkę.
Przez chwilę z ulgą sądziła, że zabierze manatki i wyjdzie. Ale nie, on jedynie otworzył teczkę i wydobył z niej opasłą dokumentację. Podał ją Leith bez słowa wyjaśnienia.
Otworzyła skoroszyt, obejrzała uważnie pierwszą stronę i podniosła na niego pytające spojrzenie:
– Palmer & Pearson? Zazwyczaj nie…
– Teraz tak – odparł stanowczo i polecił: – Popracuj sobie nad tym. Może swawole wywietrzeją ci z głowy.
Z tymi słowy, jakby uznał, że poświęcił jej wystarczająco dużo cennego czasu, odwrócił się i wyszedł. Gapiła się w ślad za nim z buntem w oczach. Miała dość roboty i bez tego, a w dodatku ta praca wyglądała na bardzo odpowiedzialną.
Nie mogła przyjść do siebie po tej wizycie. Zanim położyła się spać, w duchu przeklinała go razem z jego ostrzeżeniami. W normalnej sytuacji, gdyby takie ostrzeżenie było niezbędne, Naylor Massingham nie zawracałby sobie głowy wizytami, zlecając je jednemu ze swoich pracowników. Miała jednak dość ludzkich uczuć, by w całej tej nieprzyjemnej historii dopatrzyć się paru pozytywnych zjawisk. Po pierwsze, wprawdzie udzielił jej ustnej nagany, ale jednocześnie dał do opracowania poważną dokumentację (nawet, jeżeli to uczynił wyłącznie dlatego, żeby nie miała czasu na inne zajęcia), co oznaczało, że słyszał pochlebne opinie na temat jej pracy. Po drugie – nawet, jeśli z jego punktu widzenia nie miał to być komplement – powiedział o niej: Równie zmyślna, jak śliczna.
