
– Chętnie to zrobię – zapewniła go i natychmiast wczuła się w rolę posłańca. – Masz jakąś wiadomość do przekazania?
– Powiedz jej tylko, że ją kocham… chociaż ona i tak o tym wie – odparł Travis. – Nie musisz specjalnie do niej dzwonić, bo jej rodzice zaczną coś podejrzewać. Przebaczyła mi, że byłem takim durniem i postawiłem jej ultimatum. Chciałbym, żeby już wróciła do siebie – dodał z ciężkim westchnieniem.
– A kiedy wracasz do Anglii? – zapytała Leith, czując, że Travis zaczyna wpadać w ponury nastrój.
– Ojciec dał mi furę roboty, ale powoli zaczynam dostrzegać koniec – odrzekł nieco weselej.
W poniedziałek rano Leith weszła do biura po całej niedzieli spędzonej nad dokumentami. Cieszyła się z tego poranka.
– Lepiej ci? – powitała Jimmy'ego.
– Nigdy więcej! – jęknął zawstydzony. – Dopiero wczoraj udało mi się otworzyć oczy.
Leith roześmiała się i posłała go po jakieś dane. W dziesięć minut później, kiedy zadzwonił telefon, było jej mniej wesoło.
– Tu Moira Russell – zaanonsowała się sekretarka doskonała. – Pan Massingham chciałby zobaczyć się z panią natychmiast, o ile jest pani wolna.
W uszach Leith zabrzmiało to jak rozkaz.
– Oczywiście – odpowiedziała z niejasnym uczuciem, że lepiej nie pytać, co by było, gdyby nie była wolna.
– Jesteś, Leith. – Jej asystent wparował do pokoju z informacjami, których potrzebowała.
– Zostaw to na moim biurku, Jimmy – poprosiła, biorąc dokumentację Palmer & Pearson. – Pan Massingham chce się ze mną widzieć… nie zabawię długo.
Opuściła pokój z nieprzyjemnym wrażeniem, że spryciarz Jimmy zauważył jej lekki rumieniec.
Już przed gabinetem szefa stwierdziła, że cała się trzęsie. Nic dziwnego, u niej w domu Naylor Massingham nie był łatwym przeciwnikiem. Co będzie teraz, kiedy znalazła się w samej jaskini lwa? Zamknęła oczy, zapukała i weszła. Wysmukła, nieskazitelnie elegancka kobieta podniosła głowę znad papierów.
