
– Właśnie wyszli-ciągnęła Rosemary. Przez chwilę milczała, po czym zaczęła mówić bardzo szybko, jakby bała się, że wrócą, zanim zdąży wszystko powiedzieć. – Czy mogę cię prosić o grzeczność, Leith?
Leith uważała, że biedna, szarpana wyrzutami sumienia Rosemary zasługuje na wszystkie grzeczności.
– Oczywiście – odparła zachęcająco.
– Wiesz, Travis dzwonił przed chwilą.
– Travis?
– Tak… Z Włoch – odparła Rosemary i Leith wydawało się, że słyszy w głosie przyjaciółki cień uśmiechu. Zniknął jednak, gdy dodała: – Na szczęście moich rodziców nie było w domu… nie wiem, co by się działo, gdyby byli… To znaczy… tym razem miałam szczęście, ale musiałam powiedzieć Travisowi, żeby już nigdy do mnie nie dzwonił.
– Ale ciągle go kochasz? – nieśmiało wtrąciła Leith.
– Tak, bardzo, bardzo – szepnęła miękko Rosemary po krótkiej chwili milczenia. – Ale moi rodzice są wściekli, że nie usiłuję pogodzić się z Derekiem.
– Nie powiedziałaś im, że mieszka z kimś innym?
– Powiedziałam, ale to nie robi żadnej różnicy… dostaliby szału, gdyby dowiedzieli się o Travisie. Dlatego właśnie dzwonię – wyznała wreszcie i dodała: -Tak bardzo tęsknię za jego głosem. Kiedy zadzwonił, poczułam się cudownie, ale nie mogę pozwolić, żeby zadzwonił znowu. Dlatego powiedziałam mu, że jeśli ma mi coś do powiedzenia, niech zadzwoni do ciebie, a ty mi to przekażesz. Zrobisz to, prawda?
– Naturalnie!-zawołała Leith bez wahania i natychmiast pojęła, że tą obietnicą nigdy nie zdoła, według słów Naylora Massinghama, skończyć z Travisem. Nie wątpiła w to, że Travis natychmiast się z nią skontaktuje.
Skontaktował się. Był niedzielny wieczór, a on wciąż był we Włoszech.
– Leith, to ja… Travis – usłyszała w słuchawce.
– No i jak tam? – zapytała wesoło.
– Rozmawiałem z Rosemary.
– Wiem, dzwoniła do mnie.
– Naprawdę, kochane stworzenie! Poprosiła cię o… pomoc, prawda?
