
– Mam nadzieję, że to nie moje lasagne tak pachnie spalenizną, kochanie – zauważył. Doprawdy, jego tupet zwalał z nóg!
Pobiegła do kuchni po to tylko, żeby przekonać się, że nic się nie przypala.
– Zobaczymy się w czasie weekendu – mówił Naylor do Travisa. My! – Właściwie przyszedłeś akurat w chwili, kiedy miałem zaprosić Leith do Parkwood. Co o tym sadzisz, Leith?
Starczyło mu odwagi, żeby przywołać ją do porządku.
– Lasagne jest w porządku – wymamrotała, grając na zwłokę i cały czas myśląc o trzech ratach hipotecznych, które musi zapłacić, a których nie zapłaci na pewno, jeśli straci pracę. Nie, nie straci pracy. Będzie tańczyć tak, jak jej zagra pan Naylor Ja-mam-wszystkie-asy Massingham. Zapomni o swoim buncie.
– To brzmi zachęcająco – odparła z uśmiechem. Pomyślała, że prowadząc Travisa w krainę szczęśliwości pali za sobą mosty. No i co z tego? Dobrze, że ma słowo Naylora, jeśli chodzi o pracę.
– Zostawiam was sam na sam z lasagne – odezwał się Travis.
– Zobaczymy się więc w weekend-oznajmiła Leith i nabrała ochoty, żeby zrobić swemu pracodawcy jakiś brzydki kawał, kiedy ten, niby wytrawny pan domu, odprowadził Travisa do drzwi.
Wrócił za chwilę.
– Jak na człowieka, który był zakochany po uszy, przyjął to całkiem dobrze – zauważył z odcieniem podziwu. – Myślałem, że starczy mu męskości, żeby…
Leith miała jednak w głowie zupełnie coś innego.
– Jak śmiałeś zaprosić mnie do Parkwood w jego obecności? – wpadła mu w słowo. – Jak…?
– Wolałabyś, żebym zrobił to za twoimi plecami?
– Naylor odpowiedział agresją na agresję.
– Nie dałeś mi szansy! – wybuchnęła. – Żadnej szansy. Ty…!
– Nie przyszło mi do głowy, że zechcesz odmówić – rzucił znacząco.
Uznał jednak, że nie wyczerpał tematu.
– Możesz powiedzieć „nie", kiedy tylko zechcesz! – syknął po chwili.
Tak, i stracić pracę – pomyślała, kipiąc złością. Świnia! W bezsilnej furii spróbowała zaatakować Naylora od innej strony.
