
— Będzie mi robił wykłady — zwrócił się Edelstein do ściany.
— Okay — odezwał się głos. Niech pan zostanie przy swoim cynizmie i różnicach rasowych. Po co mi jeszcze takie kłopoty?
— Chwileczkę — rzekł Edelstein. Na jakiej podstawie sądzi pan, że mam uprzedzenia rasowe?
— Dosyć tego gadania — odparł głos. — Gdybym zbierał na fundusz Hadassah, albo sprzedawał obligacje pożyczki rządu Izraela, to inna sprawa. Ale jestem po prostu tym, kim jestem, więc przepraszam, że żyję.
— Spokojnie — zmitygował go Edelstein. — Dla mnie jest pan po prostu głosem zza drzwi. Może pan być równie dobrze katolikiem, adwentystą dnia siódmego czy nawet starozakonnym.
— Pan wiedział — odrzekł głos. — Panie, przysięgam…
— W gruncie rzeczy — oświadczył głos — to nie ma żadnego znaczenia. Nieraz spotykam się z takim traktowaniem. Do widzenia, panie Edelstein.
— Chwileczkę.
Edelstein przeklinał sam siebie za głupotę. Ileż to już razy dał się nabrać na gadkę jakiegoś domokrążcy płacąc na przykład dziewięć dziewięćdziesiąt osiem za dwutomową ilustrowaną „Seksualną historię ludzkości”, która, jak mu wytknął jego przyjaciel Manowitz, mógł kupić w pierwszej lepszej księgarni Marboro za dwa dziewięćdziesiąt osiem.
Ale głos miał rację. Edelstein wyczuł, że ma do czynienia z gojem.
I potem taki głos odejdzie i sobie pomyśli: tym Żydom to się wydaje, że są lepsi od innych. I na najbliższym spotkaniu Loży Łosi czy Kawalerów Kolumba powie to swoim fanatycznym przyjaciołom i znów będzie punkt karny dla Żydów.
— Rzeczywiście mam słaby charakter — pomyślał smutno Edelstein i zawołał:
— No już dobrze, proszę wejść! Ale z miejsca uprzedzam: nie mam najmniejszego zamiaru nic kupować.
Zwlókł się z kanapy i ruszył otworzyć. Nagle zatrzymał się, bo głos odpowiedział:
— Dziękuję bardzo — i przeszedł przez drewniane zamknięte na dwa zamki drzwi.
