Mężczyzna był średniego wzrostu, przyzwoicie ubrany w zmodyfikowany edwardiański szary garnitur w prążki. Buty z kurdybanu lśniły wypucowane. Był czarny, miał teczkę i przeszedł przez drzwi Edelsteina, jak przez galaretkę „Gella”.

— Chwileczkę, wolnego, chwileczkę rzekł Edelstein łapiąc się na tym, że wykręca sobie palce, i że serce bije mu nieprzyjemnie szybko.

Mężczyzna stał bez ruchu, całkowicie rozluźniony, o krok od drzwi. Edelstein odzyskał oddech.

— Przepraszam — powiedział. — Miałem mały atak, coś w rodzaju halucynacji…

— Chce pan, żebym to zrobił jeszcze raz? — zapytał gość.

— O Boże, nie! To pan rzeczywiście przeszedł przez drzwi? Ale się głupio władowałem.

Edelstein wrócił do kanapy i usiadł ciężko. Mężczyzna zajął miejsce obok na krześle.

— Co to wszystko ma znaczyć? — zapytał gospodarz.

— Ten numer po prostu oszczędza mi czasu — wyjaśnił mężczyzna. — Poza tym załatwia sprawę mojej wiarygodności. Nazywam się Charles Sitwell i zajmuję się badaniem rynku z ramienia Szatana.

Edelstein uwierzył mu. Usiłował przypomnieć sobie jakąś modlitwę, ale zapamiętał jedynie tę, którą odmawiał przy krojeniu chleba na letnim obozie, w którym brał udział jako chłopak. Prawdopodobnie i tak na nic by się nie zdała. Znał także Ojcze Nasz, ale ta modlitwa przecież nawet nie pochodziła z jego religii. A może tak hymn narodowy…

— Niech się pan nie denerwuje powiedział Sitwell. — Nie przyszedłem tu po pańską duszę, nic z tych starych niemodnych bzdur.

— Ale niby na jakiej podstawie mam panu uwierzyć? — zapytał Edelstein.

— Niech pan sam do tego dojdzie — odparł Sitwell. — Niech pan weźmie pod uwagę choćby same wojny. Od pięćdziesięciu lat nic, tylko bunty i rewolucje. Dla nas oznacza to niespotykaną wprost podaż potępionych Amerykanów, Wietcongów, Nigeryjczyków, Biafrańczyków, Indonezyjczyków, obywateli RPA, Rosjan, Hindusów, Pakistańczyków i Arabów. Żydów też, z przykrością muszę powiedzieć. Ściągamy coraz więcej Chińczyków, a zupełnie ostatnio bardzo nam się ożywił rynek południowoamerykański. Mówiąc szczerze, panie Edelstein, dławimy się już duszami. Jeżeli w tym roku wybuchnie jeszcze jedna wojna, to będziemy musieli ogłosić amnestię na grzechy powszednie.



3 из 11