
Edelstein przemyślał sprawę.
— To pan rzeczywiście nie przyszedł po to, żeby mnie zabrać do piekła?
— Do diabła, nie! — powiedział Sitwell. — Mówiłem panu przecież, że mamy listę oczekujących jak stąd do Peter Cooper Village. Piekło dosłownie trzeszczy w szwach.
— No więc… to po co pan tu przyszedł?
Sitwell założył noga na nogę i pochylił się z powagą.
— Panie Edelstein, musi pan zrozumieć, że piekło bardzo przypomina koncerny U.S. Steel i L.T. and T. Stanowimy potężną instytucję i działamy w mniejszym czy większym stopniu na zasadzie monopolu. Ale, jak każde duże towarzystwo, jesteśmy w służbie publicznej i zależy nam na dobrej opinii.
— To się trzyma kupy — przyznał Edelstein.
— Ale odwrotnie niż Ford, nie możemy ustanowić fundacji i rozdawać stypendiów i dotacji. Ludzie by tego nie zrozumieli. Z tych samych względów nie budujemy wzorcowych miast i nie walczymy z zanieczyszczeniem środowiska. Nie moglibyśmy nawet zbudować tamy w Afganistanie, żeby nie zakwestionowano naszych motywów.
— Rozumiem, w czym problem — rzekł Edelstein.
— Ale mimo to chcielibyśmy coś robić. Dlatego od czasu do czasu, zwłaszcza teraz, przy tak korzystnej koniunkturze, przeznaczamy niewielką premię do rozdzielenia pomiędzy przypadkowo wybranych potencjalnych klientów.
— Ja? Wasz klient?
— Nikt przecież nie robi z pana grzesznika — podkreślił Sitwell. — Powiedziałem: potencjalnych, a to może oznaczać dosłownie każdego.
— Och… a na czym polega to premia?
— Trzy życzenia — odparł z ożywieniem Sitwell. — Stara tradycyjna forma.
