
— Mianowicie?
— Tak się akurat składa, że nie mam najgorszego wroga. Szczerze mówiąc, w ogóle nie mam wroga na całym świecie.
Sitwell zaśmiał się rubasznie, a następnie otarł oczy fiołkową chustką.
— Edelstein! Czy pan przypadkiem nie przesadza? Nie ma pan wroga na całym świecie? A pański kuzyn Seymour, któremu nie chciał pan pożyczyć pięciuset dolarów na otwarcie pralni? Czy on się nagle stał pańskim przyjacielem?
— Nie pomyślałem o Seymourze — przyznał Edelstein.
— A co pan powie o pani Abramowitz, która spluwa na sam dźwięk pańskiego imienia, ponieważ nie chciał się pan ożenić z jej Marjorie? A Tom Cassidy spod numeru 1C, który ma pełny zbiór mów Goebbelsa i co noc mu się śni, że wyrzyna w pień wszystkich żydów na całym świecie, poczynając od pana? Panie… czy pan ma dobrze w głowie?
Siedzący na kanapie Edelstein zrobił się biały jak ściana i znów zacisnął mocno ręce.
— Nie zdawałem sobie z tego sprawy.
— Nikt sobie nie zdaje sprawy — rzekł Sitwell. — Ale co się pan przejmuje, sześciu czy nawet siedmiu wrogów to drobiazg; zapewniam pana, że jest pan dużo poniżej średniej, jeśli chodzi o współczynnik nienawiści.
— Kto jeszcze — zapytał Edelstein ciężko dysząc.
— Nie powiem panu — odrzekł Sitwell. — Byłoby to dodatkowe zbędne obciążenie.
— Ale przecież ja muszę wiedzieć, kto jest moim największym wrogiem! Cassidy? Uważa pan, że powinienem kupić pistolet?
Sitwell potrząsnął głowa.
— Cassidy jest niegroźnym półgłówkiem. Nie podniesie na pana nawet palca, może mi pan wierzyć. Pańskim największym wrogiem jest Edward Samuel Manowitz.
— Jest pan pewien? — zapytał Edelstein z niedowierzaniem.
— Całkowicie pewien.
— Ale przecież Manowitz to mój najlepszy przyjaciel.
— A zarazem i pański najgorszy wróg. Tak to czasami bywa. Do widzenia, panie Edelstein, i wszystkiego najlepszego w sprawie pańskich trzech życzeń.
