
— Chwileczkę! — wykrzyknął Edelstein. Cisnęło mu się na usta milion pytań, ale był skrępowany, więc zapytał tylko:
— Jak to jest możliwe, żeby piekło było takie przeładowane?
— Bo tylko niebo nie ma granic — odparł Sitwell.
— A co do nieba, też pan jest zorientowany?
— Oczywiście. To organ założycielski. No, ale ja już naprawdę muszę iść. Jestem umówiony w Poughkeepsie. Wszystkie dobrego, panie Edelstein.
Sitwell pomachał mu ręką, odwrócił się i przeszedł przez zamknięte drzwi.
Edelstein siedział bez ruchu przez pięć minut. Myślał o Eddim Manowitzu. Najgorszy wróg! To śmieszne; jeśli chodzi o tę informację, to już się z pewnością musiały piekłu druty poplątać. Zna Manowitza od dwudziestu lat, widują się niemal codziennie, grają w szachy i w remika. Chodzą na spacery i do kina i przynajmniej raz na tydzień jedzą razem kolację.
To prawda, że Manowitzowi zdarza się nie panować nad językiem i potrafi przekroczyć granice dobrego smaku.
Czasem Manowitz bywa naprawdę ordynarny. Mówiąc szczerze, nieraz go obraził.
— Ale przecież jesteśmy przyjaciółmi — powiedział sam do siebie Edelstein. — No, jesteśmy przyjaciółmi, tak czy nie?
Sprawdzenie, czy to prawda, nie przedstawia większych trudności — stwierdził. Może zażądać na przykład miliona dolarów. Dla Manowitza oznaczałoby to dwa miliony. I co z tego? Co jemu, bogatemu człowiekowi, może przeszkadzać, że jego najlepszy przyjaciel jest bogatszy?
Owszem! Przeszkadzałoby mu! I to cholernie! Myśl, że taki cwaniaczek jak Manowitz wzbogacił się na jego życzenie, doprowadzałaby go do szału.
— Mój Boże! — pomyślał Edelstein. Jeszcze godzinę temu byłem biedny, ale szczęśliwy. A teraz mam przed sobą perspektywę spełnienia trzech życzeń i wroga.
Spostrzegł, że znów wykręca sobie ręce. Potrząsnął głową. Musi to jednak przemyśleć.
