
Zgodnie z oczekiwaniami Bess, Emily natychmiast o niej zapomniała. Jej życie koncentrowało się na mężu Tomie i ich dziesięcioletniej córce Julie.
– Dobry pomysł – przytaknęła, wyjmując telefon i wystukując numer. – To może być moja ostatnia szansa. O świcie wylatują do kanadyjskiej dziczy. Żadnych telefonów, telewizji ani radia. Tylko Tom i przekazywanie dziedziczce wiedzy o przeżyciu.
Z telefonem przy uchu nasłuchiwała, potem zmarszczyła brwi.
– Za późno. Tylko buczenie. Nie mogłaś wybrać jakiegoś cywilizowanego miasta i tam mnie zawieźć?
– Nie wybierałam. Wysłano mnie. A mnie nikt nie zapraszał. Emily pominęła milczeniem, przytyk i zwróciła się do Rica, który grzecznie udawał, że nie słyszy kłótni sióstr.
– Możemy się już zatrzymać. Robi się ciemno.
– Kiedy tylko znajdę kawałek płaskiego terenu na rozbicie obozu – odparł Rico.
Emily skinęła głową i zerknęła na Bess.
– Nie myśl sobie, że już wszystko powiedziałam. Nasza rozmowa dopiero się zaczęła.
Bess zamknęła oczy. – O Boże – Zatrzymali się na noc. Rozbijają obóz. – Kaldak opuścił lornetkę. – A nie ulega wątpliwości, że zdążają do Tenajo. Co z tym zrobisz?
Pułkowniknik Rafael Esteban zmarszczył brwi.
– Wyjątkowo niefortunny zbieg okoliczności. Może spowodować komplikacje. Ty się spodziewasz raportu z Meksyku?
– Za jakąś godzinę wysłałem rozkaz rano, kiedy tylko zobaczyłem samochód. Dzięki tablicom rejestracyjnym już się dowiedzieliśmy, że wóz należy do Laropez Travel. Ale to, co ważniejsze, trwa dłużej sprawdzenie, co to, do cholery, za jedni i czego tu szukają.
– Szkoda – mruknął Esteban. – nie znoszę komplikacji. A wszystko tak dobrze się układało.
– Więc wyeliminuj komplikacje. Czy nie po to mnie tu ściągnąłeś?
– Tak. – Esteban się uśmiechnął. – Twoje przybycie tutaj okazało się niezwykle korzystne. Co proponujesz?
