Przy biodrze miał długi miecz. Oczy zakrywały mu okulary z przydymionego szkła, takie jakie nosi szlachta z gór, żeby nie oślepnąć od śniegu, ale te wykonane były o wiele lepiej, miały oprawę z cienkiego, mistrzowsko kształtowanego drutu, a i szkło wyglądało na trwale i równomiernie przydymione. Była to jednak jedyna lepsza rzecz, jaką posiadał. Zarówno buty, jak spodnie i kurta nosiły ślady długiego używania i wielu źle wykonanych napraw. Ale nie to zwróciło uwagę Zaana. Obcy miał skórę tak białą, jakiej nie miał nigdy najbardziej osłabiony długotrwałą chorobą człowiek – była jak najczystsze wapnowane płótno, jak mąka, jak pleśń. To człowiek zza Wielkiego Lasu, białoskóry czy jak oni tam… tak, oni nazywają się „ludźmi”, a my to niby zwierzęta. Zaan nagle zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu jego mądrość wyniesiona ze starych ksiąg znalazła praktyczne zastosowanie. Tak, powinien się od razu domyślić: biała skóra i jasne włosy. Był jedynym człowiekiem w karczmie, który wiedział, z jak daleka przybył ten człowiek, być może jedynym w tym państwie. Aaaaa… Na co komu ta wiedza? Czuł, że i tak zdechnie przy piwie na tej samej ławie, na której właśnie siedział i nie będzie musiał długo na to czekać.

Chłopak tymczasem przesunął okulary do góry tak, że tkwiły teraz na jego jasnych, prawie białych włosach i podszedł do stołu przy komorze. Arendarz wstał, biorąc do ręki dzban i naczynia, ale chłopak powstrzymał go ruchem ręki. To było dziwne. Obcy, z tak daleka? Z całą pewnością przemierzył dzisiaj długą drogę i nie chciał niczego? Zaan złowił jednak jego tęskne spojrzenie, którym omiótł wiszące u powały połcie słoniny i zrozumiał natychmiast. On nie miał pieniędzy.

– Jestem szlachetnym rycerzem – powiedział chłopak, przesuwając wzrokiem po wnętrzu karczmy. Widok tępych, chłopskich mord wywołał na twarzy lekkie skrzywienie.



16 из 481