
– A gdzie leżą twoje ziemie, panie?
– Nie mam ziemi – coś w głosie chłopca świadczyło, że jest trochę skonfundowany. – Jestem błędnym rycerzem wyjaśnił. – Przemierzam gościńce i… – przełknął ślinę – zabijam smoki, demony, potwory.
„Błędny rycerz” – uśmiechnął się w duchu Zaan. Bez ziemi. W takim razie ciekawe, z czego żyje. Przemierza gościńce. A pieniądze ma skąd? Gdzie jego wsie, jego folwarki? Za co niby przemierza gościńce? Przecież coś musi jeść, myta płacić, noclegi fundować. Zabija smoki. Zaan pokręcił głową. Smoków, wiadomo, nie ma. Demony… Demony albo są, albo też nie ma. Jeśli są, to ten chłopczyk za mały na nie. A potwory? O taaaak. Potwory to ty zabijasz. Takie, co chodzą na dwóch nogach i gadają ludzkim językiem. Za pieniądze. Cóż. Zbój, czy nie zbój, był to absolutnie pierwszy rycerz, którego Zaan widział na własne oczy. Musiał być w potrzebie, skoro odważył się głośno opowiadać o swojej zbójeckiej ofercie. W świecie podobno było pełno takich szlachciców i rycerzy, co to zabijali smoki, demony i potwory, a na razie, z braku powyższych, mogli za psi grosz pomacać mieczem niewypłacalnego dłużnika. Ale ten był wyjątkowo bezczelny. Mówić w karczmie takie rzeczy?… Nie bał się czy jak? Zaan miał wrażenie, że to nie tylko jego pierwszy rycerz, ale także pierwszy naprawdę wolny człowiek, jakiego zdarzyło mu się widzieć.
– Ja… Tego… No, przepraszam, że pytam o ziemie – powiedział arendarz.
– No?
– Bo ja chciałem wiedzieć, jak na jaśnie pana wołają?
– Sirius.
– O! To, to, to… właśnie.
– Znasz mnie?
– Nie, nie… Ja, tego… Bo tu był jeden taki pan… Znaczy jaśnie pan… i on… no, zostawił dla pana pismo. Dla jaśnie pana pismo.
– Jakie… – chłopak tylko chwilę później niż Zaan zorientował się, że żadnego pisma nie ma. – Gdzie je masz? – spytał.
– Tu w komorze – arendarz wskazał przejście. – Tu proszę, wielmożnego pana, proszę – zgiął się w ukłonie, przepuszczając chłopaka przodem.
