Do piekarza nie było daleko. Zaan szedł jak zamroczony. Rycerz! Nie, zbój, szumowina… To nieważne! Działo się coś dziwnego. Czterdziestoletni skryba czuł, że życie może układać się jak dawne sagi, jak opowieści o zamierzchłych herosach. Może będzie świadkiem czegoś, o czym mógłby opowiadać wnukom, gdyby kiedykolwiek miał wnuki lub przyjaciołom w karczmie, gdyby kiedykolwiek miał jakichś przyjaciół. Szedł jak w gorączce. W jego życiu miało się zdarzyć coś ważnego, coś absolutnie innego niż wszystko dotąd. Tuż przy piekarni skręcił i ukrył się za rogiem chałupy naprzeciw. Mróz był ostry, ale nie musiał czekać długo. Chłopak pojawił się chwilę później, jeszcze obcierając usta po posiłku. W przeciwieństwie do Zaana jednak jego krok był pewny i długi. Chłopak, czyli „szlachetny rycerz”, jak sam się przedstawiał, ledwie zerknął na piekarnię. Od razu podszedł do połączonego z nią domu piekarza.

– Otwierać! – huknął pięścią w drzwi. Drzwi jednak były zawarte. – Hej tyyyyy!!! Otwieraj, psiamać!

Piekarz musiał jednak coś wywęszyć. Jego twarz mignęła przez moment w oknie na piętrze i widać było, że ani myśli otwierać.

– Hej ty! Na jednej nodze! – chłopak chciał go wziąć podstępem. – Chleb przyszedłem kupić!

– Chleba nie ma – rozległ się przytłumiony głos z góry.

– No to mąkę kupię. Mnie tam za jedno!

– Po mąkę? A to do młyna idźcie!

– Toż zima – zdziwił się autentycznie chłopak. – Młyn zamknięty.

Piekarz nie znalazł kontrargumentu. Cisza przedłużała się coraz bardziej.

– Hej tyyyy! – chłopak zrozumiał, że tamten nie otworzy po dobroci. – Wiesz po co przyszedłem?

– Jużci!

– No to otwieraj! A nie… To czerwonego kura puszczę!

– A czym ogień skrzeszecie na ziąbie?

Istotnie, porywisty wiatr zdawał się przybierać na sile, potęgując mróz i sypiąc śniegiem.



19 из 481