
Zaan w jednej chwili zapomniał o prawie pełnym jeszcze kuflu. Tu działo się coś, o czym dotąd mógł tylko czytać w księgach. Coś, co nigdy więcej mogło się nie zdarzyć w tej zapomnianej przez bogów krainie. Prawdziwy rycerz! I to nie żaden zakonny, tylko wolny. Przez moment Zaan gotów był nawet uwierzyć w smoki. Ciekawość pchnęła go w stronę wejścia do komory. Nie bacząc na pogrążonych w swojej powolnej rozmowie chłopów, przypadł tuż pod drzwiami.
– Kto to ma być? – to był głos chłopca.
– Piekarz. Piekarz, tu niedaleko, nie… cztery chałupy dalej.
– Dług jakiś mam zabrać?
– Nie.
– No to co? Powiedzieć coś?
– Niby co?
– No, że to za twoją krzywdę, czy co.
– Nie, nic nie mówcie. Żal do niego mam.
– No dobra. Dziesięć srebrnych i piekarzowa może dać na katafalk.
– Co?
– No psiamać, zrobię to za dziesięć srebrnych, wsioku.
– Sześć. – głos karczmarza zdecydowanie stwardniał. – Sześć brązowych.
– Co?!!!
– Sześć brązowych. Nie wygodził mi, jak miał. On…
– Dwadzieścia brązowych.
– Sześć.
– Dziesięć?
Widać było, że chłopak zrobiłby to nawet za miskę strawy.
– No mówię, że sześć.
– Psiamać, dobra. Dawaj.
– Dam potem. Spotkamy się na łące bułanego.
– A gdzie to, zaraza, jest?
– Za wsią, wedle rzeki. Tam dwanaście wiosen temu koń bułany się…
– Dobra, dobra. Sześć brązowych i daj mi teraz żreć, bo się zrzygam z głodu.
– Zjeść dam. Ale odliczę od tych sześciu. A z głodu się nie zrzygacie. Jak żołądek pusty, to nie ma czym.
Zaan odskoczył w ostatniej chwili i wrócił do swego kufla. Gospodarz, znowu dla niepoznaki w ukłonach, odprowadził chłopca do stołu. Zaraz też rzucił jajka na piec, nakroił chleba i odciął gruby płat słoniny.
– I gorzałkę!
Przy misce szybko pojawił się słuszny kubek dobrej okowity. Zaan dopił piwo, wstał i udając obojętność, zaczął wkładać długi płaszcz. Wyszedł z karczmy, kiedy chłopak pochłaniał swój posiłek.
