
– Moim poczęstunkiem gardzisz, panie rycerzu? Poczęstunkiem księcia? Gardzisz?!
Vieese, rad nie rad, wychylił dzbanek, usiłując jak najwięcej rozlać na swój kaftan.
– Już? Chce się wam? – zainteresował się książę. – Nie? Następny dzbanek.
Żołnierze skwapliwie spełnili rozkaz. Vieese chwiał się na nogach. Rzeczywiście nie pił dotąd nigdy w życiu. Zrozumiał jednak, że albo umrze tu na gościńcu, albo spełni zachciankę księcia. Podszedł do ciał ludzi, których sam wysłał na zabójczą misję, i…
Książę Sirius wskoczył na konia podczas tej czynności.
– Żegnam, panie Vieese. A wy – krzyknął do młodzików – naprawdę wyciągnijcie z tego naukę. Bo możecie być następni – roześmiał się. – W sikaniu, oczywiście.
Setka żołnierzy, Sirius, Achaja i Zaan ruszyli, nie zaszczycając spojrzeniem rycerza, który znajdował się w wyjątkowo głupiej sytuacji. Nawet jak na niego, nawet jak na Zakon. Ani przestać w połowie, ani kontynuować.
– I jak? – Nie wytrzymał książę i podjechał do Zaana, kiedy tylko poczet zniknął im z oczu.
– Dobrze.
– Nie będziesz mnie poprawiał? Wytykał błędów?
Zaan uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
– Tym razem nie. Mój panie, książę Królestwa Troy.
Achaja jechała kilkanaście kroków dalej i słyszała całą rozmowę. Nie mogła dać po sobie poznać, ale… Ona powiedziałaby na jego miejscu: „Wielki Książę Królestwa Troy”. Po trzykroć wielki! Tak wielki, że nie wymyślono jeszcze słów na określenie tej wielkości! Pokazać psom, gdzie ich miejsce. Pokazać, gdzie zbrodnia, a gdzie honor. To przywilej, ale i święty obowiązek władzy, która powinna ustalać hierarchię czynów, pokazać wszem i wobec, gdzie miejsce wszystkich rzeczy, które ważne, a którym sczeznąć w pyle, na gościńcu.
Jechali mimo nocy, trakt prosty jak strzelił, białe płyty, którym go wyłożono, w świetle gwiazd odcinały się jasno od czerni pokrywającej wszystko wokół. Na granicy spotkali wojskowy zagon. Zaan zamienił kilka słów z dowódcą.
