
– Co?
Młodzik spurpurowiał na twarzy. Wyraźnie nie mógł wziąć głębszego oddechu.
– Głośno proszę. O książęcy majestat chodzi.
– To są niegodziwi mordercy! – krzyknął chłopak w rozpaczy. – To psy!
Sirius pokiwał głową.
– Masz rację, synu – powiedział, choć niezbyt różnił się od niego wiekiem. – Ale wiesz… Wracając do mojej bajki… Ja bym nigdy kolegów tak nie nazwał. Szczególnie martwych. Mówię przykładowo, oczywiście.
Odwrócił się i podszedł do rycerza, którzy spod przymkniętych powiek patrzył na ciała.
– Cóż, każda przyjemność ma swoje granice. Żegnać się nam przyszło.
Vieese spojrzał na niego z nadzieją.
– No. – Książę uśmiechnął się naprawdę przyjaźnie. – Odlejmy się przed drogą.
– Słucham?
– Panie rycerzu. Powtórzę: tu nie salon w pałacu. Tu sami mężczyźni wokół, rycerze i żołnierze. I jedna tylko kobieta, bo inne zbójcy bohaterscy wybili. Nie czas na salonowe słowa, nie czas na etykietę. Odlejmy się przed drogą.
Sirius rozkraczył się i zaczął sikać na leżące ciała.
– Nigdy nie pozwoliłbym sobie na taki despekt, nawet wobec zbójców – wyjaśnił. – Ale wobec morderców bezbronnych kobiet? I dla nauki młodego rycerstwa? Gotów jestem poświęcić swoją książęcą powagę.
Vieese zamknął oczy. Mięśnie szczęk uwydatniały się na policzkach. Myślał, że przeczeka. Mylił się.
– A teraz wy, panie rycerzu.
– Aaaaaa… ale ja… nie chcę…
– Żal ich wam?
– Nie, nie… ja… sikać nie potrzebuję.
– A to żaden problem. Piwa! – ryknął Sirius na swoich żołnierzy. I odwrócił się do zmartwiałego Vieesego. – Specjalnie dla mnie sprowadzane z północnych krain. Znacie, panie, Północ? Tam też rycerstwo gościńce przemierza – zakpił. – Lać cały dzbanek, nie będę przecież żałował – warknął na żołnierzy, którzy podtoczyli antałek.
– Ale… ja nie mogę… My nie pijemy alkoholu.
