
— A co robicie z ludźmi, których… zabieracie? — spytał jowialnym tonem.
— To już nasza sprawa — odparł Esmond. — Dla klienta oni znikają.
Ferguson wstał.
— Świetnie, panie Esmond. Zechce mi pan teraz powiedzieć, po co pan tu przyszedł?
— Właśnie panu to mówię.
— Ależ, panie. Nie biorę tego poważnie. Gdybym panu wierzył choć przez chwilę, powinienem był wezwać policję… Esmond wstał i westchnął.
— A zatem dochodzę do wniosku, że nie pragnie pan skorzystać z naszych usług. Nie uskarża się pan ani na przyjaciół, ani na rodziców, ani na żonę.
— Na żonę? A cóż pan wie o mojej żonie?
— Nic a nic, panie Ferguson.
— Rozmawiał pan z naszymi sąsiadami? Z takich rozmów nic nie wynika, absolutnie nic.
— Panie Ferguson, nie mam pojęcia o pańskim pożyciu małżeńskim — zapewnił Esmond i usiadł z powrotem.
— Więc dlaczego mówił pan o mojej żonie?
— Wiemy z doświadczenia, że instytucja małżeńska jest głównym źródłem naszych dochodów.
— A więc nasze małżeństwo jest zupełnie zgodne. Rozumiemy się z moją żoną doskonale.
— Czyli że nie potrzebuje pan usług Agencji Uwalniania od Kłopotów — zakończył Esmond biorąc laskę.
— Proszę chwilę zaczekać. — Ferguson przechadzał się po biurze, z rękami założonymi do tyłu. — Pan wie, że nie wierzę ani jednemu pańskiemu słowu. Ani jednemu. Ale przypuśćmy na chwilę, że mówi pan poważnie… Tak, przypuśćmy… Jaka byłaby… procedura… gdybym… gdybym zażądał…
— Żadna, poza pańskim ustnym zezwoleniem.
— A rachunek?
— Płatny na końcu. Nie żądamy żadnej zaliczki.
— Pytam o to tak… tak z ciekawości — żywo dodał Ferguson. Zawahał się. — Czy to bolesne?
— Ani odrobinę. Ferguson znów zaczął spacerować po pokoju.
