
— Moja żona i ja rozumiemy się bardzo dobrze powiedział. — Jesteśmy małżeństwem już od siedemnastu lat. Naturalnie nie można się dziwić pewnym tarciom w ciągu tak długiego pożycia. Dziwne byłoby, gdyby było inaczej. Twarz Esmonda pozostała zupełnie obojętna.
— Człowiek uczy się z czasem iść na ustępstwa — ciągnął Ferguson. — Ale ja doszedłem do wieku, w którym kaprysy mnie… mnie…
— Rozumiem doskonale — rzekł Esmond.
— Chcę powiedzieć — podjął Ferguson — że moja żona bywa czasami trudna we współżyciu. Z pewnością. Jest agresywna… Uparta… Przypuszczam, że musiano panu o tym opowiadać?
— Absolutnie nie.
— Na pewno panu o tym mówiono! Musiał być przecież jakiś szczególny powód, że pan do mnie przyszedł! Esmond uniósł ramiona.
— Jakkolwiek by było — rzekł Ferguson — doszedłem do wieku, w którym można marzyć o innym ułożeniu sobie życia. Przypuśćmy, że nie byłbym żonaty. Przypuśćmy, że chciałbym się związać — powiedzmy — z moją sekretarką. To mogłoby być miłe.
— Co najmniej miłe — poprawił Esmond.
— Właśnie. Nie byłoby zresztą trwałe. Brakowałoby temu solidnej podstawy moralnej, na której musi się budować każde przedsięwzięcie, jeżeli ma być przedsięwzięciem udanym.
— Byłoby to tylko czymś bardzo miłym — powtórzył Esmond.
— Właśnie. Miss Dale jest uroczą młodą kobietą. Nikt nie może temu zaprzeczyć. Ma równe usposobienie, przyjemną naturę, jest wesoła. Przyznaję to…
Esmond uśmiechnął się uprzejmie, wstał i skierował się ku drzwiom.
— Jak mógłbym pana odnaleźć? — spytał nagle Ferguson. — Ma pan moją kartę. Do piątej zastanie mnie pan pod tym numerem. Może do tego czasu postara się pan zdecydować. Nasz czas jest cenny i musimy przestrzegać jego rozkładu.
— To zrozumiałe. — Ferguson uśmiechnął się z lekka. — Nie wierzę w ani jedno słowo z całej tej historii. Nie powiedział mi pan nawet, jakie są wasze warunki.
— Przystępne, zapewniam pana. Zwłaszcza dla człowieka na pańskim stanowisku.
