
— I mógłbym twierdzić, że nigdy pana nie znałem, nigdy z panem nie rozmawiałem i tak dalej?
— Naturalnie.
— I zastanę pana pod tym numerem?
— Do piątej. Do widzenia, panie Ferguson.
Ferguson zauważył, że drżą mu ręce. Rozmowa z Esmondem była męcząca. Musiał natychmiast zebrać myśli.
Ale to nie było łatwe. Nachylał się nad papierami, zmuszał się do pisania, lecz słowo po słowie przypominał sobie to, o czym mówił Esmond.
Agencja Uwalniania od Kłopotów musiała słyszeć o drobnych wadach jego żony. Esmond mówił przecież, że była agresywna, kłótliwa, uparta. Ferguson mógł tylko uznać dokładność tych twierdzeń, jakkolwiek byłyby niemiłe. Nawet bezstronny obserwator by to zauważył.
Powrócił do pracy. Ale zaraz weszła miss Dale z pocztą do podpisu i Ferguson raz jeszcze zauważył, że była naprawdę czarująca.
— To wszystko, panie Ferguson?
— Uhm! Tak, tak, na razie nie jest mi pani już potrzebna. Jeszcze długo po jej wyjściu wpatrywał się w drzwi.
Nie mógł dłużej pracować w tych warunkach. Postanowił natychmiast wrócić do domu.
— Miss Dale — powiedział, wkładając płaszcz. — Muszę teraz wyjść. Ale jest dużo zaległej pracy. Czy mogłaby pani w tym tygodniu zostać tutaj ze mną przez jeden lub dwa wieczory?
— Naturalnie, panie Ferguson.
— Mam nadzieję, że nie zakłóci to pani prywatnego życia.
— Ależ bynajmniej, proszę pana.
— Spróbujemy… Spróbujemy jakoś to pani wynagrodzić… Do jutra!
Wybiegł z biura z wypiekami na twarzy. Gdy wrócił do domu, żona nakrywała do stołu. Pani Ferguson była małą, niepozorną kobietką o oczach otoczonych tysiącem zmarszczek. Zdziwiła się na jego widok.
— Już wróciłeś! — powiedziała.
— Czy to ci nie odpowiada? — spytał opryskliwie, co dla niego samego było zdumiewające.
— Skądże…
